Glen Scotia Campbeltown Malts Festival 2021 10 YO 56.1% – Finish w beczkach po Bordeaux?

Tyle osób pytało o tą butelkę i prosiło o film, że praktycznie można powiedzieć, że film został nagrany „na zlecenie” 🙂
Kolejny rok i kolejna limitka od Glen Scotia. Ponownie jak w zeszłym roku, niestety Campbeltown Malt Festival został odwołany, ale destylarnia nie odpuściła, dzięki czemu możemy cieszyć się nowy wydaniem fesiwalowym. Tym razem jest to edycja Glen Scotia Campbeltown Malts Festival 2021 10 YO 56.1%.
Mamy do czynienia z whisky single malt unpeated, do której produkcji użyto trzech beczek w tym po czerwonym winie Bordeaux. Co z tego wyszło? Czy warto wydać 300 zł?

Lagavulin 8 YO 48 % – czy młodsza znaczy gorsza? Whisky wydana na 200 lecie destylarni Lagavulin

Dziś w kieliszku whisky, do której zabierałem się od jakiegoś czasu. Reprezentuje szkocki region Islay, a pochodzi z destylarni Lagavulin. Mamy do czynienia z odsłoną 8-letnią – Lagavulin 8 YO, zabutelkowaną z mocą 48%, na 200-lecie powstania destylarni w 2016 roku. Co ciekawe akurat w tym roku byłem na Islay, odwiedziłem destylarnię i próbowałem jej pierwotnej wersji, zanim trafiła do core range. Moje wrażenia … były mieszane, ale o tym dowiecie się z filmu.

Kilchoman od kuchni – Destylacja i new make z najmniejszej destylarni wyspy Islay

Kilka dni temu miała miejsce nie lada gratka dla fanów malutkiej destylarni z Islay. Kilchoman od pewnego czasu położył nacisk na edukację online. W związku z czym co jakiś czas możemy trafić na filmy w stylu – Kilchoman od kuchni, w którym pracownicy i właściciele pokazują nam z pierwszej ręki czym się zajmują na co dzień. Mogliśmy już zwiedzać farmy, na których rośnie jęczmień używany następnie do produkcji wersji 100% Islay. Widzieliśmy suszarnie i piece destylarni, a także kadzie zacierne i magazyny pełne dobroci.

Dla tych, którzy chcieliby wziąć udział w takim zwiedzaniu bardziej interaktywnie, Kilchoman wychodzi na przeciw w postaci degustacji online. Odbywają się one mniej więcej co miesiąc. Sample zamawiamy z wyprzedzeniem ze strony destylarni i dotychczas był to zestaw podstawowych wypustów wraz z kieliszkiem degustacyjnym – Kilchoman Core Range Tasting Pack. Koszt takiego zestawu to 16.66 funtów, do czego należy jeszcze doliczyć koszty przesyłki i VAT. Ten ostatni szczególnie trochę boli, ale jeśli i tak pragniemy dokonać zakupu w destylarni, to warto przemyśleć zakup zestawu. Obecnie w jego skład wchodzą:

–>Machir Bay 46%<–
–>Sanaig 46%<–
–>Loch Gorm 2020 46%<–
–>100 Islay ed9 50%<–

,które omawiałem już w naszym cyklu poświęconym whisky z destylarni Kilchoman.

Ostatnia degustacja prowadzona była przez synów właściciela Kilchomana – Anthonego Willsa, Jamesa i Petera. Odbywała się ona w formie Food Pairing, a panowie opowiadali o destylarni, jej wypustach, historii, procesie produkcji, łącząc smaki whisky z wędzonym halibutem. Powiem szczerze, były to miło spędzone pięćdziesiąt minut.
Tuż po evencie w ofercie sklepu internetowego pojawiła się kolejna ciekawostka i o niej dziś nieco więcej. Chodzi o zestaw Spirit Run Test Pack i związaną z nią degustację.

27 sierpnia 2020 odbyła się kolejna sesja degustacyjna, w której tym razem brali udział wspomniany wyżej Anthony Wills i Robin Bignal – Manager Produkcji Kilchomana. Zestaw degustacyjny wszedł do oferty na ok. miesiąc przed terminem sesji online. Kosztował ponownie 16.66 funtów. Akurat tak się złożyło, że z oferty sklepu skusiłem się też na edycję Single Cask 100 % Islay Bourbon Cask, więc połączyłem przyjemne z pożytecznym.
Tym razem jednak w buteleczkach nie pojawiły się whisky, a new make, czyli świeży destylat prosto z aparatury. Różniły się jedynie czasem odcięcia, tzn momentem w którym podczas procesu destylacji zostały zebrane.

5 min – 74%
25 min – 72%
45 min – 69%
90 min – 65.5%

Czym się różnią, jak wpływa czas na walory alkoholu, który jest najlepszy i wiele więcej można było dowiedzieć się podczas sesji, trwającej prawie pięćdziesiąt minut.

Zanim przejdziemy do szczegółów, to warto wspomnieć, że Kilchoman destylowany jest dwukrotnie w miedzianych alembikach. Degustowane próbki pochodzą oczywiście z drugiej. Pierwsza destylacja pozwala uzyskać alkohol o mocy do 26% i następnie trafia do drugiej destylacji, gdzie jest zwiększana do ok. 75%. Do produkcji używany jest słód jęczmienny, standardowo słodowany w Port Ellen o wartości PPM 50 lub lokalny, suszony na miejscu, używany jedynie do wersji 100% Islay o wartości PPM 20.

Fermentacja zazwyczaj trwa około 80 godzin. Normalnie destylarnia używa świeżych drożdży, jednak ostatnio zaczęła eksperymentować z suchymi, co ciekawie wpłynęło na efekt końcowy. Podobno new make jest bardziej kwiatowy i świeży, w porównaniu do bardziej kremowego/maślanego. Jest to o tyle ważne, że choć mówi się, że ok 60-80% aromatu i smaku w whisky pochodzi z beczki, to nadal mamy te pozostałe, które związane są właśnie z new make. Oczywiście za suchymi drożdżami przemawia też łatwość przechowywania i dostępność.

Prowadzący rozsiedli się w magazynie i dali upust swojej wiedzy, erudycji i naturalnemu luzowi, jaki towarzyszy profesjonalistom, którzy znają swój fach na wylot. Oglądało się to z przyjemnością, a new make dodawał wszystkiemu pikanterii. Nagranie nadal możecie obejrzeć na profilu FB destylarni. Ja skoncentruję się jedynie na kilku aspektach, które szczególnie mnie zaciekawiły.

Każda z próbek jest przezroczysta. Cały kolor pochodzi z beczek, a Kilchoman ani nie filtruje whisky, ani nie dodaje karmelu do poprawienia barwy.

1.
Pierwsza próbka pochodzi z piątej minuty destylacji i zawiera alkohol o mocy 74% ABV. Ponieważ Kilchoman dość szybko odcina przedgony, to po pięciu minutach zaczyna się już odbiór serca. Według producentów alkohol dzięki temu jest niezwykle kwiatowy, słodki i czysty. Przedgony mieszane są z wkładem pierwszej destylacji i ponownie poddawane całemu procesowi. Odbieranie serca zaczyna się przy mocy ok 74% i podczas procesu spada nawet do 64%, a cały proces trwa ok 90 minuty.
Spodziewałem się, że 74% skutecznie utrudnią mi degustację, ale ku mojemu zdziwieniu w nosie nie są praktycznie wyczuwalne. To ciągle wspaniale skórzany, owocowy, kwiatowy, lekki Kilchoman. W ustach gryzie, jak york. Alkohol podgryza, kłuje, robi małe ranki, ale jest pyszny, słodki i oleiście przepływa przez usta. Czemu nie można kupić całej butelki?

2.
Druga próbka pochodzi z dwudziestej piątej minuty destylacji i zawiera alkohol o mocy 72%. Wraz z procentami i temperaturą powoli znikają nuty owocowe. Nadal tam są, ale według producentów powoli stają się cichsze i subtelniejsze. Mi jeszcze dużo brakuje do ich poziomu, bo nie widzę wielkiej różnicy. Na moich ustach pojawia się uśmiech, bo zdaję sobie sprawę z faktu, że dzięki temu mam więcej dobroci. Nie jest to jeszcze pożądany styl alkoholu, gdyż docelowo aspekty świeże i owocowe mają być wyciszone jeszcze bardziej.

3.
Trzecia próbka pochodzi z czterdziestej piątej minuty destylacji i zawiera alkohol o mocy 69%. Wreszcie zaczynam rozumiem o czym mówi Anthony Wills. Świeżość schowała się za dużo większą koncentracją skórzanych i dymnych aspektów spirytusu. Mam wrażenie, jakby charakter Kilchomana został tu skoncentrowany w większym stopniu. Dochodzą jeszcze jakieś orzechowe i ziołowe nuty. New make stał się bardziej oleisty i cięższy.

4.
Czwarta próbka pochodzi z dziewięćdziesiątej minuty destylacji i zawiera alkohol o mocy 65.5%. Została zebrana tuż przed odcięciem do pogonów. Różni się ona znacząco od pierwszej. Landrynkowa słodycz niemal całkowicie zniknęła, a zastąpił ją zapach spoconego konia. Jest ciężko, dymnie, zgniła trawa lub siano.

Degustowany tego dnia alkohol na koniec jest mieszany i dopiero po tym otrzymujemy prawdziwy wkład beczek Kilchomana o mocy 63.5%. Moc nie jest przypadkowa. Podobno ma ona w odpowiedni sposób pomóc wystartować maturacji po przelaniu do beczek.

Muszę przyznać, że było to bardzo ciekawe doświadczenie. Planowałem obszerną wizytę w Kilchomanie w lipcu tego roku, ale Covid pokrzyżował plany. Tego typu eventy stanowią namiastkę, która podtrzymuje zapał i ciekawość tematu.

Jak pewnie już wiecie, jestem fanem Kilchomana. Choć kilka lat temu uważałem, że whisky ta jest zbyt agresywna i gryząca, jak na mój gust, coś uległo zmianie. Obecnie jest to jedna z ciekawszych moim zdaniem gorzelni, a z czasem ich oferta jedynie zdaje się gruntować tę opinię.

Widać, że Kilchoman przykłada bardzo dużą uwagę do swojego destylatu. Choć sami potwierdzają, że najwięcej aromatów i smaków pochodzi z użytych beczek, to sam new make potrafi wpłynąć na efekt końcowy wystarczająco mocno, aby faktycznie zacząć go traktować poważnie i z szacunkiem. Mogę tylko przytaknąć i gorąco polecić tego typu spotkania online. Dla mnie to krok w kierunku większego zrozumienia zarówno destylarni, jak i samego procesu powstawania whisky.

Destylarnia Auchentoshan – Szkocja / Lowlands

– Mam świetnego ASZENTOSZANA – uśmiechnął się do mnie sprzedawca w jednym ze specjalistycznych sklepów. Podziękowałem uprzejmie i zwróciłem uwagę na stojące obok LAFRUA i LAGAVULĘ.

Czym jest ASZENTOSZAN? Auchentoshan (czytany poprawnie O(k)hentoszn), to jedna z niewielu już pozostałych destylarni regionu Lowlands w Szkocji. Kojarzona jest z charakterystycznej “trawiastości” i lekkości destylatu. Od konkurencji różni ją potrójna destylacja alkoholu, a na naszym rynku znamy ją głównie z edycji American Oak, która jest jedną z popularniejszych butelek w Lidlu.

Auchentoshan oznacza z gaelickiego – Corner of the field. Znana jest także jako Glasgow’s Malt Whisky, ze względu na bliskość położenia, do jednej z większych szkockich aglomeracji. Założona została w 1800 roku, choć pierwsze podatki związane z produkcją zaczęła płacić w 1823 roku, po otrzymaniu licencji.

Przez lata zmieniała właścicieli, aż w 1984 trafiła w ręce grupy Morrison Bowmore. Grupa została przejęta przez Suntory, a po połączeniu się Beam Inc. i Suntory, obecnym właścicielem destylarni jest Beam Suntory.

Jak wspominałem Auchentoshan, podobnie jak Irlandczycy, destyluje alkohol trzy razy. Trzeci alembik wzmacnia go do 81% ABV, jednocześnie nadając mu delikatności i subtelności. Jest to whisky nietorfowana. Jest to oczywiście whisky typu single malt. Do produkcji używa się głównie beczek exbourbon, ale możemy znaleźć też wersje exsherry.

W standardowym range znajdziemy takie wypusty, jak NAS (no age statement):

American Oak
Heartwood
Springwood
Three Wood
Blood Oak
Virgin Oak

Lub te z oznaczeniem wieku:

12-letnia
18-letnia
21-letnia

A także wiele różnych wypustów od niezależnych bottlerów, jak Signatory, czy Hunter Laing.

Osobiście nie próbowałem Auchentoshana, który by mnie zachwycił. No dobra, nie próbowałem też takiego, którego uznałbym za smacznego. Edycje NAS różnią się zarówno smakiem, jak i aromatem, ale to nie są whisky intensywne, charakterne, powalające na kolana. Ich delikatność może zadowolić początkujące podniebienia, a cena nie przyprawi o ból głowy, ale następny dzień… bywa trudny.

Natomiast podejrzewam, że prędzej, czy później, zostaniemy zaskoczeni czymś porządnym z Lowland. Niestety będzie wiązało się to z odpowiednio wysoką ceną. Czy będziemy chętni ją zapłacić?

Go low? – Johnnie Walker Black Label Lowlands Origin

Nazwa: Johnnie Walker Black Label Lowlands Origin

Destylarnia: NA

Kraj pochodzenia: Szkocja

Region: Lowlands

Moc: 42% ABV

Cena: ok. 100 zł

Ostatnio na naszym kanale YouTube mówiliśmy o nowości na polskim rynku, jaką jest Johnnie Walker Black Label Speyside Origin.

–> Johnnie Walker Black Label Speyside Origin <–

Przyznam, że zrobił na mnie miłe wrażenie i uważam, że przy obecnej cenie zdecydowanie znajdzie miejsce w niejednym barku, a jeśli chcecie dowiedzieć się o nim czegoś więcej – zapraszam do obejrzenia filmu.
Drugą z czterech odsłon nowych wersji Black Label jest wersja Lowlands Origin. Jest to jedyna z zestawu, która nie jest blended maltem, a po prostu blended whisky, czyli w jej skład wchodzą zarówno grain, jak i malt whisky i byłem bardzo ciekaw, czy wpłynie to znacząco na jej odbiór. Wybrałem się do Biedronki i korzystając ze świątecznej promocji, za kwotę 99 zł nabyłem sztukę. Czy żałuję?

Lowlands, to jeden z mniej popularnych regionów Szkocji. Troszkę zapomniany, troszkę na uboczu. Dawniej centrum produkcji whisky zbożowej, obecnie kojarzone z kilkoma zaledwie destylarniami. Należą do nich dość charakterystyczny Auchentoshan, Bladnoch, Girvain, Daftmill, a także Glenkinchie i Cameronbridge. Wypusty z dwóch ostatnich destylarni znalazły swoje miejsce w butelce Lowlands Origin.

Region Lowlands kojarzy się z whisky lekką, zieloną, orzeźwiającą i świeżą. Taki właśnie na pierwszy rzut… nosa, wydaje się być ten Johnnie Walker. Zapach jest przyjemny i ciepły. Czuć tu landrynki, zielone jabłka, białe porzeczki, grejpfruta, świeżo skoszoną trawę, zioła i miód.

Bursztynowy kolor uzyskano za sprawą dodanego karmelu.

Smak niestety zawodzi. Choć zapach kusił i zachęcał do degustacji, to już smak odsłania charakterystyczne dla whisky zbożowych aspekty. Na początku jest dużo słodyczy, młodości i świeżości. Są owoce, siano i cytrusy, ale już po chwili na języku czuć nieokrzesany alkohol, który gryzie i pali kubki smakowe. Do tego jest sporo kwaśnych nut, które dominują nad zapowiadaną zapachem słodyczą.

Finish jest bardzo krótki, cierpki i płytki.

Przyznam, że jestem rozczarowany. Johnnie Walker Black Label Lowlands Origin może i faktycznie gdzieś zahacza o paletę znaną ze szkockich nizin, ale zdecydowanie nie jest ich godnym reprezentantem. Nie zrozumcie mnie źle. To nie jest zła whisky, jednak po spróbowaniu wersji Speyside liczyłem na więcej. Poza przyjemnym zapachem nie znalazłem tu niczego interesującego. Plusik za moc 42% ABV, ale na tym się kończy. Tym bardziej cieszę się, że zacząłem od wersji Speyside, bo po Lowlands mógłbym się zniechęcić.

Pamiętajmy jednak, że mamy do czynienia z blendem za 99 zł. Dlatego warto podejść z większą niż ja rezerwą i może nie robić sobie ogromnych nadziei. Osobiście chyba wybrałbym zwykłego Black Label albo samemu pokusił się o master blending i połączenie Lowlands Origin z czymś mocniejszym, bardziej obfitującym w smak. Dzięki temu możemy stworzyć coś faktycznie przyjemnego dla podniebienia. Ale to ja. A Wy?

Próbowaliście? Podzielcie się wrażeniami!

Ben Nevis 10 Y.O. – odkrycie roku 2019

Nazwa: Ben Nevis 10 Y.O.

Destylarnia: Ben Nevis

Kraj pochodzenia: Szkocja

Region: Highlands

Moc: 46%

Cena: 300 zł

Od razu do konkretów. Bardzo dawno żadna whisky nie zaskoczyła mnie tak, jak Ben Nevis w wersji 10-letniej. Nie był to mój pierwszy Benek, ale chyba najbardziej świadomy i dzięki temu, odkryłem coś nowego, czego się zupełnie nie spodziewałem.

Ben Nevis, to destylarnia ulokowana u podnóża najwyższej góry Szkocji o tej samej nazwie. Należy do regionu Highlands i jest zupełnie nieznana dla polskiego konsumenta. Dzieje się tak za sprawą braku oficjalnego dystrybutora. Po co dystrybutor, skoro whisky nie jest popularna? Koło się zamyka.

Destylarnia należy do japońskiego molocha Nikka. Destylat rozlewany jest głównie na potrzeby “japońskich” whisky i za jego sprawą, często mamy do czynienia z tymi niuansami smakowymi, które do tej pory kojarzyliśmy z tym specjalnym, niepowtarzalnym smakiem orientu. Jest między innymi składnikiem blendu Black Nikka.

Sama destylarnia powstała w 1878 roku, jako bliźniacza dla Long John’ McDonald. Obie destylarnie po latach zostały połączone, aby stać się częścią japońskiego konsorcjum w 1989 roku.

Osobiście jeszcze nie miałem okazji odwiedzić destylarni, ale cytując klasyka “znam kogoś kto był i opowiedział mi” i niestety nie brzmiało to zachęcająco. Nikka traktuje Nevisa po macoszemu. Nie jest to atrakcja turystyczna, ani obowiązkowy punkt wycieczki do Highlands. Podobno odbiór samej gorzelni, jest spójny z reakcją na ich stronę internetową. Nikogo bidula nie interesuje.

Pierwszy raz Ben Nevisa piłem w wersji Black Adder Raw Cask 1996 i byłem w niebie, a następnie przy bottlingach Whisky Broker 16 Y.O. i The Single Cask. Dlatego podczas rutynowej wizyty w Domu Whisky, postanowiłem sprawdzić, o co tak naprawdę chodzi z tym Nevisem. Pojawia się w wersjach niezależnych bottlerów dość często, ale co z wydaniem oficjalnym?

Mamy ich kilka. Głównie oznaczone są wiekiem i butelkowane są z mocą powyżej 46% ABV. Sama butelka prezentuje się pięknie, nawiązuje do dawnych wypustów, jest przejrzysta w treści i zachęca do otwarcia. Niestety mimo wszystko brakuje Nevisa na polskim rynku. Nawet wersja 10 Y.O. do tej pory dostępna w Domu Whisky zniknęła i sam sprowadzałem ją od naszych zachodnich sąsiadów. Jej cena to ok. 280 zł. Czy warto?

W tej cenie dostajemy whisky, która nawet jeśli wam nie do końca podejdzie, to nie przejdziecie obok niej obojętnie. W zapachu jest dużo nut sherry, miodu, dębu i acetonu, drożdżowej słodyczy. Wprawiony nos odnajdzie tam jeszcze odrobinę dymu i kawy. Bardzo kojarzy mi się z Yamazaki 12 Y.O. choć jest zdecydowanie przyjemniejsza.

Jeśli nie zniechęciła was zapach, to w smaku jest tylko lepiej. Pije się łatwo i przyjemnie. Whisky jest wielowymiarowa. Nie przypomina konkurencji nawet w wydaniach odrobinę starszych. Wpływ beczek na alkohol jest bardzo znaczący, ale widać też tu charakterystyczny profil samego destylatu. Z przyjemnością sięgam po więcej. Zalewa mnie bogactwo owoców tropikalnych, czekolady i znów palonej kawy.

Finish jest średnio długi, pikantny i miły dla podniebienia.

Ben Nevis w wersji 10-letniej to moje odkrycie 2019 roku. Niby podstawka, ale oferuje więcej od konkurencji. Ma swój niepowtarzalny charakter i trudno ją zapomnieć. Zdaję sobie sprawę, że nie jest to whisky dla wszystkich, a fakt potrzeby zakupu za granicą, może odstraszyć. Cena może nie wydaje się okazyjna, ale z przyjemnością ją zapłaciłem. Dla mnie jest to “must try” nawet jeśli nie zostaniecie fanami Nevisa. Warto się z nim poznać, zamienić kilka słów i rozstać się w przyjaźni. To może być pierwszy krok ku nowym, wartościowym doznaniom.