Lagavulin 8 YO 48 % – czy młodsza znaczy gorsza? Whisky wydana na 200 lecie destylarni Lagavulin

Dziś w kieliszku whisky, do której zabierałem się od jakiegoś czasu. Reprezentuje szkocki region Islay, a pochodzi z destylarni Lagavulin. Mamy do czynienia z odsłoną 8-letnią – Lagavulin 8 YO, zabutelkowaną z mocą 48%, na 200-lecie powstania destylarni w 2016 roku. Co ciekawe akurat w tym roku byłem na Islay, odwiedziłem destylarnię i próbowałem jej pierwotnej wersji, zanim trafiła do core range. Moje wrażenia … były mieszane, ale o tym dowiecie się z filmu.

Destylarnia Caol Ila – Szkocja / Islay

Z cyklu <środa z destylarnią> tym razem kilka słów o Caol Ili. Wszyscy ją znamy. Część z nas wymawia ka-lila, część ku-lila, jeszcze inni ko-lajla. Osobiście pytałem i na miejscu, i wśród ekspertów i za każdym razem dostawałem inną odpowiedź. Zostałem przy ka-lila. A wy do której grupy należycie?

W wolnym tłumaczeniu Caol Ila oznacza – “Cieśnina Islay”. Znajduje się niedaleko jednego z dwóch portów na wyspie Islay – Port Askaig, a z jej okien rozpościera się piękny widok na siostrzaną Jurę.

Była to pierwsza destylarnia, którą odwiedziłem w Szkocji i do tej pory mam z nią bardzo miłe wspomnienia. Po półgodzinnym oprowadzaniu, miałem okazję w cenie biletu spróbować trzech wypustów, a następnie pobuszowałem w sklepie. Czego chcieć więcej?

Caol Ila 12 Y.O. – moja była… ulubiona destylarnia

Mam wrażenie, że obecnie destylaty z Caol Ila są jednymi z najpopularniejszych wśród niezależnych bottlerów. Caol Ila sprawdza się doskonale już w młodym wieku (dzięki czemu jej cena nie musi zerować bankowych kont) , a jej cytrusowo-dymne aromaty przypadają do gustu wielu peat headom. Zazwyczaj traktowana jest jako wstęp przed Lagavulinem, który jest tym najbardziej cenionym, zaraz po Port Ellen, dzieckiem Diageo na Islay. Jednak osobiście zakochałem się w Caol Ili od pierwszego niuchnięcia i długo mi zajęło zanim spojrzałem na Lagę przychylnym okiem.

Oprócz tego Caol Ilę znajdziemy w wielu blendach, jak Johnnie Walker, czy Bells. To dzięki niej Black czy Green Label mają ten dymny aromat.

Sama destylarnia założona została w 1846 roku przez Hectora Hendersona. Przechodziła przez wiele rąk, a także uległa kilku przeobrażeniom. Ostatnie w 1972 roku, kiedy to została doszczętnie zburzona, a na jej miejscu stanęła nowa budowla. Produkcja została wznowiona w 1974 roku, kiedy to gorzelnia była już w rękach Diageo. Jęczmień dostarczany jest tu ze słodowni w Port Ellen, a woda ze źródła Loch nam Ban.

Co ciekawe, choć najbardziej cenimy destylarnię za jej torfowy charakter, to przez kilka lat mogliśmy także cieszyć się oficjalnymi wypustami z serii Unpeated. Osobiście uważam je za udane, choć wymagały kropelki wody. Dzięki niej, mogły uwolnić drzemiący w nich potencjał, gdyż moc często w okolicach 60% ABV niszczyła wszystko na swojej drodze.

W oficjalnej dystrybucji mamy także chyba najpopularniejszą Caol Ila 12-letnią, wersję NAS – Moch, a także 18 i 25-letnią. Możemy też znaleźć butelki Caol Ila Distillers Edition finishowaną w beczce po Moscatelu. Jakiś czas temu miałem okazję próbować 30-latki i do tej pory była to jedna z najlepszych whisky, jakich próbowałem. Jej głębia, pieprzność i złożoność doskonale obrazowały, co staje się z dymnymi potworami z Islay z upływem czasu. Charakter torfu zostaje zachowany, ale jego intensywność zanika, na rzecz bogactwa dębiny, uwydatniając mocne strony jakości destylatu. Przy okazji któregoś z festiwali whisky, polecam szerokie uśmiechy przy stoisku Diageo. Jeśli akurat będzie dostępna butelka warto wysupłać kilka kuponów.

Peat’s Beast Cask Strength PX Finish – Czy bestia ma ostre zęby?

Nazwa: Peat’s Beast Cask Strength PX Finish

Destylarnia: NA

Kraj pochodzenia: Szkocja

Region: NA

Moc: 54.1% ABV

Cena: ok. 280 zł

Nie od dziś wiadomo, że torfik skąpany w ciepłej słodyczy sherry potrafi się doskonale komponować i wprowadzać podniebienie na nowy poziom smaku. Zazwyczaj whisky ex sherry i whisky dymne stanowią dwa obozy, mające tylu samo fanów, co przeciwników. Ale czasem powstaje mezalians i jeśli jest odpowiednio skomponowany nie dość, że potrafi zaskoczyć, to jeszcze zmienia pogląd na wyżej wspomniany bój.

Ostatnio w moje ręce wpadła butelka Peat’s Beast w wersji CS PX finish. Przyznam, że do tego typu wypustów podchodzę sceptycznie. Obawiam, że smak torfu ma zamaskować niedoróbki alkoholowe, a sherry ma nam osłodzić gorycz pustego portfela. Gdy na naszym stole pojawiła się butelka pokiwałem głową z uznaniem, ale nie śpieszyło mi się do degustacji. Gdy wreszcie przyszła kolej Bestii pochyliłem się nad kieliszkiem i moja brew sama się uniosła.

Peat’s Beast, to whisky typu single malt, leżakująca głównie w beczkach po bourbonie. Stanowi ona część oferty firmy Fox Fitzgerald Trading Company, na którą składają się:

  • Peat’s Beast The First Bottling Standard 46%
  • Peat’s Beast Batch Strength Version
  • Peat’s Beast Batch Strength PX Finish
  • Peat’s Beast 25 Y.O. Islay Single Malt

Wszystkie wersje Bestii są także niefiltrowane na zimno i nie koloryzowane. Nasza butelka finiszowana była przez 9 miesięcy w beczkach po sherry Pedro Ximenez i zabutelkowana w mocy 54.1% ABV.

Za kwotę 280 zł dostajemy smacznego torfa, który lekko podrasowany jest słodyczą sherry. Kolor ma jasny, z widocznym zabarwieniem w stronę złota. Zapach lekko medyczny, szybko przechodzi w świeżo skoszoną trawę, siano, dębinę, z dużymi pokładami wanilii i rodzynek.
W smaku uderza nas młoda torfowa whisky, której moc siły beczki dodaje charakteru, ale nie obezwładnia kubeczków smakowych. Gładko rozlewa się po podniebieniu, jej smak jest spójny z zapachem, ale z wyraźniejszymi elementami słodyczy. Finisz sherry znacząco na nią wpłynął i za jego sprawą pojawiły się tu goździki, czekoladki, śliwki w czekoladzie i wafle waniliowe. Na końcu języka czuć słoną bryzę, ale słodycz nie pozwala jej się rozwinąć.

O whisky Peat’s Beast Batch Strength PX Finish nie mogę powiedzieć nic złego. To dobra whisky, bez wyraźnych zgrzytów. Pije się ją gładko, a gdy doda się kroplę wody, rozwija się uwydatniając zapachy kwiatów i miodu. Z drugiej strony biorąc pod uwagę, że wersja niefinishowana w sherry, ale nadal butelkowana w mocy beczki kosztuje 100 zł mniej, a w cenie 250zł możemy mieć Ardbega Uigeadaila lub za 290 zł Laphroaiga PX, Bestia PX nie stanowi oczywistego wyboru. Moim zdaniem jest raczej ciekawostką, niż whisky “must have”. Zabrakło mi w niej odrobiny głębi, której pewnie wcale tu nie planowano, ale w obliczu jej braku szybko się ją zapomina i stanowi po prostu kolejnego słodkiego torfa.

Octomore 6.1 Scottish Barley – Torf, torf widzę !

Nazwa: Octomore 6.1 Scottish Barley

Destylarnia: Bruichladdich

Kraj pochodzenia: Szkocja

Region: Islay

Moc: 57%

Cena: 650 zł

Octomore to produkt destylarni Bruichladdich, biorący nazwę od farmy położonej nieopodal Port Charlotte. Krążą pogłoski, że pewnego wieczoru ekipa destylarni wypróbowując swoje wypusty, zastanawiała się, jakby to było, gdyby zrobić najbardziej torfową whisky na świecie. Rozpoczęli nad nią pracę i stworzyli trunek o torfowości rzędu 80 PPM. Szczęśliwie nie poprzestali na tym i wkrótce powstała pierwsza partia naszego Octomore – miała 131 PPM. Czy to był już szczyt ich możliwości? Nie! Byłem w szoku, gdy usłyszałem, że stojąca przede mną butelka Octomore 6.1 Scottish Barley ma 167 PPM!!! Super, mega, świetnie – pomyślałem !!! To brzmi dobrze, od takich liczb aż kręci się w głowie… ale, co to są te PPM i o co właściwie tyle szumu? Spieszę więc z wyjaśnieniami.

Podczas procesu suszenia jęczmienia, z torfu służącego za opał wydobywają się związki zwane fenolami. To one odpowiadają za aromat dymny, apteczno-medyczny i im podobne. Zależnie od tego, jak dużo torfu dołożono do pieca, taka ilość fenoli zwiąże się ze zbożem, wpływając tym samym na ostateczny smak alkoholu. Siłę fenoli w mieszance klasyfikuje się za pomocą tzw. PPM (Phenol Points per Milion) i jest to zazwyczaj stała związana z charakterystyką jęczmienia używanego przez daną destylarnię. W obecnych czasach większość destylarni stara się zapewnić swoim fanom zarówno trunki torfowe, jak i pozbawione tych aromatów i tak powstają różne ciekawostki jak np. delikatna Caol Ila Unpeated, lub zdecydowanie bardziej torfowy Bunnahabhain Toiteach. W związku z olbrzymim zainteresowaniem whisky torfową, wypustów przybywa, a ich wariacje potrafią nieźle namieszać, nie tylko w głowie. Tym wstępem przedstawiamy naszego dzisiejszego gościa: Octomore 6.1 Scottish Barley.

Jak wspomniałem wyżej, destylarnie kupując słód, starają się trzymać jednego produktu o niezmiennych walorach smakowych. Dzięki temu zachowują swoją odrębność na rynku, a my wiemy mniej więcej, czego możemy się spodziewać. Żeby jeszcze bardziej skomplikować sprawę przypomnimy, że poza procesem suszenia, na smak trunku olbrzymi wpływ ma woda używana do jego produkcji. Dlatego też często ta sama ilość PPM może być sobie nie równa w smaku – zachęcamy do samodzielnego próbowania! Dla ułatwienia poniżej znajdziecie przybliżone wartości PPM, jakie podawane są przez różnych producentów Islay:

Przykłady:

Bunnahabhain (1–2)
Bruichladdich (3–4)
Bowmore (20–25)
Caol Ila (30–35)
Lagavulin (35–40)
Laphroaig (40–43)
Ardbeg (55)

Jeśli Bunnahabhain (którego mieliśmy okazję degustować w edycji 12 y.o., 18 y.o. i Toiteach) ma w wersji podstawowej około 1-2 PPM i jest delikatną, owocowo-orzechową whisky, a Ardbeg, pchający w głąb mrocznego bagna przy każdym łyku ma około 55 PPM (wcześniejsze degustacje 10 y.o. i Corryvrechan), to Octomore wywodzący się z destylarni Bruichladdich mając w wersji 6.1 167 PPM powinien już chyba dusić samym zapachem. I tu się pojawia ciekawostka – nie robi tego!

Octomore powstał, by być najbardziej torfową szkocką whisky (jego kolejne edycje przebiły już pułap 167 PPM, oferując nawet 258 PPM) i nie można mu tego odebrać. Zupełnym przypadkiem na naszym stole podczas jego degustacji, pojawił się jeszcze Ardbeg Corryvrechan i mieliśmy okazję porównać, czym różnią się zawartości obu butelek – ile torfu jest w tych tajemniczych PPMach? Do jakich wniosków doszliśmy? Okazało się, po pierwsze, że moc torfowego aromatu zawartego w trunku nie rośnie wprost proporcjonalnie do skali PPM. Im więcej PPM, tym mniej wyraźna jest ta różnica lub nasze nosy nie zostały stworzone do jej odczuwania. Po drugie – aromaty medyczno-torfowe to tło dla innych charakterystycznych smaków destylarni i tak, jak wypustów Ardbega nie da się pomylić z innymi, tak smak młodziutkiego Octomore (to zaledwie pięciolatek) nie odbiega od sióstr z Bruichladdich, mimo swojej mocy (mamy tu do czynienia ze stężeniem alkoholu na poziomie 57%). Do pierwszego kieliszka podeszliśmy z dużą uwagą i ciekawością. Kolejne przyszły szybko i witane były błogimi uśmiechami. Octomore dostępny jest w kilku wydaniach, różniących się poziomem alkoholu, ilością PPM i ceną.

Butelka – jak to w Bruichladdich, trudno ją z czymś pomylić. Nowoczesna, futurystyczna i rzucająca się w oczy. Octomory są wysokie, smukłe, ładnie opakowane i nieprzezroczyste. Według producenta ze względu na elipsowaty kształt i ciężar nadają się świetnie do gry w butelkę. Grę wartą około 600zł.
Alkohol jest blady, słomkowy. Do jego leżakowania używane były beczki z amerykańskiego dębu. Butelkowany z mocą beczki i bez domieszek koloryzujących.

Tu należy się na chwilę zatrzymać. Nigdy jeszcze zapach whisky mnie tak nie zaskoczył. Spodziewałem się ciężkości, szpitala, pożaru na bagnach i wodorostów, a dostałem uderzenie lodów śmietankowych. Mimo wieku, to skomplikowana whisky. Warto poświęcić jej trochę czasu i zapoznać się z nią zarówno na czysto, jak i z odrobiną wody.
Na początku czuje się słodycz wanilii, słodkiej śmietanki i cytryn. Potem przychodzi czas na bardziej korzenne i ziołowe aromaty. Alkohol gryzie w nos, ale po chwili ustępuje fenolom, uwydatniając paletę solanki, jodyny, żelaza, świeżo zgaszonych zapałek, pieprzu i olbrzymiej ilości kwiatów. To tak, jakby połączyć plażę, na wybrzeżu której szaleje sztorm, z sielankową, wiosenną polaną. Jest to niesamowite przeżycie i zdecydowanie zachęca do degustacji.

W smaku już mniej słodko, a bardziej wytrawnie. Alkohol paraliżuje kubeczki smakowe. Zaskakujące jest to, jak szybko przenosimy się z kwiatowej łąki w głąb gęstego lasu. Nie jest to las Ardbega, zdecydowanie więcej tu akcentów pieprznych, dymnych, korzennych. Wyczuwalne są orzechy laskowe, dębina, prażony ryż i wanilia. Na koniec pojawił się także na chwilę smak soczystych gruszek i jabłek. Jest tu olbrzymia doza świeżości, związana z wiekiem destylatu.

Finish jest długi, rozbudowany i warstwowy. Ciepły, a jednocześnie świeży.

Octomore 6.1 Scottish Barley to whisky ciekawa. Nie chcę powiedzieć, że powaliła nas na kolana, ale z pewnością zaskoczyła i zmusiła do powolnej, przemyślanej degustacji. Zdecydowanie polecałbym każdemu spróbować, choć przy cenach zaczynających się od 600 zł i szybko przekraczających 1000 zł, może poczekałbym na jakiś festiwal, wypad do specjalistycznego baru lub zrzutkę ze znajomymi. To trunek, do którego wraca się myślami, i który staje się ważnym elementem procesu edukacji podniebienia szkockimi przysmakami. Producent reklamuje tę wersję użyciem wyłącznie szkockiego jęczmienia, ale szczerze powiedziawszy nie wiem, czy jest to istotne przy wyborze. Sam z zakupem kolejnej butelki poczekam, ale była to przygoda, którą zapamiętam na długo i was serdecznie do niej zachęcam.

Torf krzepi? Moda na peated whisky.

Pamiętam doskonale moje pierwszego Ardbega i wyraz twarzy mojej żony, gdy na festiwalu w Jastrzębiej Górze przybiegłem do niej, żeby i ona skosztowała tego „ohydztwa”. Wyobrażacie sobie? Niemal bluźnierstwo, a jednak tak było. Do tamtej pory w moim kieliszku migotał głównie Speyside, który porywał mnie do świata owoców, suszu, słodyczy miodu, wanilii itd. Torf, czy dym były mi zupełnie obce, ale to pierwsze doświadczenie zapadło mi głęboko w pamięć.

Najpierw chodziło chyba o ciekawość. Jak można to pić? Czemu to komuś smakuje? Co w tych smakach jest takiego, co, choć mi wydaje się dziwaczne, innych zachwyca? Potem przyszła kolej na Laphroaiga, Caol Ilę, Lagavulina i zanim się zorientowałem minął rok, a ja stałem na pokładzie promu, który przecinał ciemne fale, kierując się ku wyspie Islay.

Po głębszym zastanowieniu dochodzę do wniosku, że chyba wszyscy musimy do pewnych smaków dojrzeć. Podobnie jak z piwem, które zanim zacznie kusić i doskonale gasić pragnienie w upalny dzień, najpierw odrzuca młode podniebienia goryczką.
Torf krzepi. Z jednej strony walczysz z nim, wyzywasz na pojedynek i sprawdzasz w tym procesie swoje niewinne jeszcze smakowe kubeczki. Z drugiej strony, gdy raz złapiesz bakcyla, nie ma odwrotu. Jak długo można zachwycać się delikatną słodyczą wanilii, gdy można sączyć maliny, na kutrze, podczas sztormu. To wyzwanie godne mitycznego bohatera, a z każdego starcia wychodzimy silniejsi.

Ostatnimi czasy jednak odnoszę wrażenie, że „torf” stał się synonimem wartościowego trunku i traktowany jest jako słowo wytrych. No bo jaką whisky lubisz? Torfową? Co czujesz, sącząc Ardbega? Torf. A przecież to czubek góry lodowej, to kropelka w morzu epitetów, jakimi można ją opisać . Na wyspie Islay, uznawanej za stolicę szkockiej whisky torfowej, mamy obecnie osiem działających destylarni. Każda produkuje whisky w większym lub mniejszym stopniu torfową. Jednak biada temu, kto wrzuci je do jednego gara. Nie chodzi mi już o podział trunków pod względem PPM, czyli zawartości fenoli, ale panie i panowie, mamy też inne określenia. Wysilmy się trochę i oddajmy cześć twórcom złotego trunku, bo dzięki ich pracy, użytym materiałom, inwencji i pomocy nieocenionej matki natury w gotowym produkcie znajdziemy aromaty dymne, tytoniowe, popiołu, wygasłego ogniska, suszonego mięsa, wędzonej ryby, wodorostów, zbutwiałego drewna, mokrej kory, zgniłej ściółki, igliwia, żywicy, kutra rybackiego, oleju, tranu, podkładów kolejowych, końskiej derki, garbowanej skóry, czy mokrego psa.

Nie bawię się w burżujskiego arystokratę, nie jestem koneserem wszystkiego, co modne. Chciałbym jedynie zwrócić uwagę na różnice pomiędzy whisky, które wszyscy tu gloryfikujemy, na cały wachlarz smaków i aromatów. Skoro już poświęcamy jej czas, wybieramy odpowiednie szkło, dzielimy się tym doświadczeniem z przyjaciółmi, to zróbmy to właściwie.

Torf torfowi nierówny. Szczególnie w czasach wielkiej popularności procesu finishowania we wszystkim, w czym się da. Inaczej będzie prezentował się Talisker po bourbonie, inaczej po sherry, czy porto. A co z calvadosem, rumem, różnymi winami, czy wreszcie piwem? Choć do produkcji alkoholu używany był ten sam poddany obróbce cieplnej z pomocą dymu jęczmień, to wiele czynników może wpłynąć na efekt końcowy.
Z drugiej strony, czy sama zawartość fenoli jest odpowiednim wyznacznikiem dobrej whisky? Wiele osób się z tym zgodzi, co niestety powoduje, że producenci się rozleniwiają. W dobie popularności płynnego torfu otrzymujemy często upośledzone jakościowo butelki, w których poza dymem nie znajdziemy nic wartościowego. Wtedy nasze wspaniałe słowo wytrych staje się bolączką dla koneserów, zniechęcając wręcz do degustacji kolejnej produkcji z metką „peated”. W dobie wypierania wersji z oznaczeniem wieku, przez edycje NAS, często podniebienie przegrywa z marketingiem. Co wtedy?

Moim skromnym zdaniem warto wrócić do korzeni. O co tak naprawdę chodzi z tym torfem? Dlaczego stał się źródłem tak wielkiego zainteresowania?

Czy możecie sobie wyobrazić, że jeszcze kilkadziesiąt lat temu czołowi dystrybutorzy wspomnianych specjałów musieli wygaszać żar pod alembikami, gdyż nikt nie był zainteresowany ich produktem? Moda przeminęła i koniec. Z prawie trzydziestu destylarni regionu Campbeltown ostały się trzy. A wszystko to za sprawą jednego z podstawowych elementów używanych przy słodowaniu jęczmienia. W skrócie, aby ziarno mogło oddać nam cukier, niezbędny do dalszej obróbki przez drożdże, musimy je przekonać, że nastała wiosna. Polewamy wodą, ocieplamy klimat i szast-prast, jesteśmy w domu. Nie chcemy jednak zakładać w kadziach plantacji, dlatego proces musimy w odpowiednim momencie zakończyć. W tym miejscu wchodzi na scenę torfowy dym lub inne źródło ciepła, które pozwala ponownie osuszyć jęczmień. W szkockim klimacie, na lądzie ubogim w drewno, podstawowym opałem od wieków były właśnie grube, zgniłe pasma szczątków roślin, które sprasowane własnym ciężarem i wysuszone, tworzyły doskonałe paliwo, które tląc się, nadawało też specyficznego, dymnego charakteru ziarnu. Przyszło nam żyć w kraju bogatym i w drewno, i w kartofle, łatwo więc zgadnąć, czemu nasza rodzima okowita i inne wódeczki tak bardzo różnią się od tamtejszych specjałów.

Przez stulecia twórcy uisge beatha dopracowywali sam proces, eksperymentowali ze składnikami i prześcigali się w ulepszaniu swoich dzieł, ale jedno jest pewne – jeszcze kilkadziesiąt lat temu każda whisky była torfowa, czy tego chciałeś, czy nie, technologia nie pozwalała na nic innego. Torfowe Glenmorangie? Torfowy Glenfiddich? To tak można? Ano można. Dlatego kończąc mój wywód, zaklinam na wszystkie świętości, pamiętajmy o dwóch rzeczach. Po pierwsze nie wrzucajmy wszystkich torfowych whisky do jednego kotła. Doceńmy ich unikalność. Po drugie nie każdy torf, to dobry torf. Słabej jakości alkoholu nie da się zamaskować PPM-ami. Nie i koniec. To nasza rola, jako konsumentów, aby walczyć o swoje. Nasze gusta decydują o zaopatrzeniu pobliskich sklepów. Z roku na rok import whisky wzrasta, a Polska wychodzi na czoło whiskypijców. Nie zadawalajmy się miernotą. Aby jednak odróżnić jedno od drugiego, należy degustować świadomie. Powodzenia.