Laphroaig 10 YO 40 % – Czy jest na sali lekarz? -Wycieczka na wyspę Islay, degustacja Laphroaig

Dziś w kieliszku Laphroaig 10 YO. Zaczynamy serię filmów o destylarni Laphroaig, która zazwyczaj kojarzona jest z dymem, torfem, bandazami i jodyną. Czy da się to wypić?

W kolejnych filmach znajdziecie pozostałe butelki z line upu.

Zdegustujemy: Laphroaig 10 YO, Laphroaig Select, Laphroaig Triple Wood, Laphroaig Quarter cask, Laphroaig PX

Gdy kilka lat temu odwiedziłem Islay, Laphroaig zrobił na mnie niesamowite wrażenie, dlatego dziś gdy wracam do tego medycznego destylatu, mam wrażenie, że jestem w domu 🙂 A jaki jest Wasz ulubiony Laphroaig?

Wersja 10-letnia, to kwintesencja dymnej whisky. Zarówno lekki destylat, beczki po bourbonie Maker’s Mark i medyczne aspekty zapachu doskonale ze sobą współgrają. Moc 40% może budzi mały niedost, ale też łatwo wprowadza w charakter destylarni i zachęca do dolszych eksperymentów. 

The GlenDronach Peated – dymek w sam raz na wakacje

Tuż przed świętami Adam i Emilia z Brown Forman Polska przesłali mi tę oto butelkę Glendronach Peated. Jest to edycja z 2015 roku, zawierająca destylaty leżakowane w beczkach po sherry, jak i po bourbonie. Co jednak najważniejsze, jest to whisky dymna, mająca ukazać oblicze whisky Glendronach w zupełnie innym świetle.

Ardbeg 5 Y.O. Wee Beastie – NOWOŚĆ od Ardbeg

Nie mogłem czekać do poniedziałku. Jak tylko przyszła zerwałem plombę, odkręciłem korek i zanurzyłem się w nowej, młodziutkiej bestii od Ardbeg. Dziś w kieliszku Ardbeg 5 Y.O. Wee Beastie. Jak się ma do wersji 10-letniej? Czy warto wydać na nią 159 zł? Czy uda jej się przywrócić dobre imię destylarni, po kiepskim przyjęciu Groovesa i Druma?

Whisky Japońska nie bijąca po kieszeni – Suntory Toki

Dziś trochę o whisky z kraju kwitnącej wiśni, czyli Suntory Toki. Normalnie obchodzę je szerokim łukiem, bo odkąd Jim Murray ogłosił Yamazaki Sherry Cask whisky roku 2015, ich ceny poszybowały w górę, a ich stosunek do jakości zmalał. Są to na pewno ciekawe whisky, często smaczne, ale NIE ZA TĘ CENĘ.

Trafiła mi się jednak perełka, na którą stać przysłowiowego „Kowalskiego”. Zapraszam do recenzji whisky Suntory Toki.

Edradour 10 Y.O. Signatory The Un-Chillfiltered Collection – Przez ten kolor ciepły, głęboki – oszalaaałem!

Nazwa: Edradour 10 Y.O. Signatory The Un-Chillfiltered Collection

Destylarnia: CEdradour

Kraj pochodzenia: Szkocja

Region: Highlands

Moc: 46% ABV

Cena: ok. 240 zł

Ostatnio zacząłem mieć wrażenie, że nasze rodzime łowiska wysychają albo przynajmniej nie oferują takiej różnorodności, jakiej potrzebuję. Do tego ceny potrafią zaskoczyć w sposób, który powoduje dramatyczny skurcz portfela. Dlatego rozpocząłem rekonesans produktów spoza naszych granic i w ten sposób odkryłem kilka rejonów, które z różnych powodów są mniej uczęszczane. Podejrzewam, że bariera językowa, przyzwyczajenie i brak ufności w transakcje zagraniczne mogą przyczyniać się do ostrożności w podobnych zakupach. Samemu będąc nieufnym 🙂 postanowiłem wpłynąć tam jedynie na chwilę, jedynie raz, samym koniuszkiem, a w zamian za 200 zł już po 3 dniach pojawił się u mnie 10-letni Edradour od Signatory w wersji The Un-Chillfiltered Collection.

Powinienem napisać o destylarni lub o bottlerze, ale… czy widzicie ten kolor? First fill ex-sherry bejbi !!! Nie mogłem się doczekać. 46% może nie zachwyca, ale też trzeba docenić porządną normę, z której wszyscy kastrujący powinni brać przykład. Mamy więc naturalny kolor, brak filtracji, oznaczenie wieku i ładne opakowanie, a wszystko to w promocji za ok. 47 Euro (plus wysyłka). Ech, mieszkać na zachodzie…

Nie wytrzymałem długo. Czekałem na odpowiedni moment, na dzień, którego świetność podkreślą te mroczne krople alkoholu. Nie nadszedł. Pewnego dnia po prostu wyjąłem z szafy tubę, odwinąłem srebrną plombę, wyciągnąłem korek i… odpłynąłem.

Bogactwo aromatów sugeruje znacznie wyższy wiek. Śliwki, melasa, cukier trzcinowy, gruszki w syropie, malaga, dżem truskawkowy, mielona kawa, skóra, lekki dymek, tytoń – jest tego tak dużo, że mógłbym pisać i pisać. Wolę degustować.

Znacie ten moment, kiedy nadchodzi idealny dzień? Kiedy nastaje czas spokoju, błogości i odpoczynku? Kiedy niby nic nie może zmącić harmonii teraźniejszości, a jednak przychodzi listonosz z wezwaniem z ZUS? Z tym kojarzy mi się smak tej whisky. Zapach zapowiadał ambrozję, lecz gdy przyłożyłem kieliszek do ust nie znalazłem tu niczego,  na co tak bardzo liczyłem.

To dobra whisky. Gładka, smaczna i przyjemna, ale w porównaniu do aromatu bardzo rozczarowująca. Nie mogłem oderwać nosa od kieliszka, a po jednym łyku zastanawiałem się, czy faktycznie potrzebuję kolejnych. Zbyt duże oczekiwania mogą się szybko zemścić. W smaku dostajemy whisky ułożoną, choć podbitą ostrością 46%. Jest słodko, ale też cierpko. Znajdziemy tu jagody, maliny, brzoskwinie, a nawet zielone jabłko.

Finish jest średni, wytrawny, zbalansowany i na podniebieniu wydaje się być wręcz gazowany.

Ponownie, za 200 zł dostajemy ciekawy produkt. W tej cenie whisky first fill ex-sherry jest praktycznie niemożliwa do znalezienia. Ten 10-letni Edradour przewyższa większość whisky w tej cenie. Warto mu się przyjrzeć, bo oferuje wszystko czego można by się spodziewać. Natomiast dysonans pomiędzy zapachem, a smakiem jest spory. A wystarczało tylko… nie pachnieć aż tak pysznie 🙂 Wtedy nie miałbym niczego do zarzucenia. Smacznego.

Clynelish 14 Y.O. – idzie wiosna !!!

Nazwa: Clynelish

Destylarnia: Clynelish

Kraj pochodzenia: Szkocja

Region: Highlands

Moc: 46% ABV

Cena: ok. 190 zł

Tak, jak Lagavulin jest często porównowany do Port Ellen, tak Clynelish jest utożsamiany z Brorą. Kto wie, co by się stało, gdyby podjęto inne decyzje o zamknięciu wspomnianych wyżej, legendarnych destylarni. Nigdy się nie dowiemy i choć możemy zakładać różne scenariusze, to na te chwilę powinniśmy się cieszyć, że możemy pozwolić sobie na degustację dobrej whisky, w rozsądnej cenie. Tym właśnie jest Clynelish w wersji 14 letniej.

Założona w 1819 roku przez Księcia Sutherland gorzelnia produkuje whisky głównie na potrzeby blendów Johnnie Walker. Można ją znaleźć jako pojedyncze edycje od niezależnych bottlerów, jednak ceny zazwyczaj bywają zabójcze. Oficjalna edycja Diageo – obecnego właściciela destylarni to wspomina 14-latka, którą można kupić za kwotę ok. 190 zł, choć nie często jest dostępna. Ostatnio pojawiła się też edycja związana z Grą o Tron, reprezentując dom Tyrell.

Ponieważ producent nic o tym nie wspomina musimy założyć, że nasza 14-latka była filtrowana i kolorowana. Szkoda, ale w tej cenie nie spodziewałem się niczego innego. Starsze edycje potrafią zaskoczyć złożonością smaków i aromatów, czego zasługą w dużej mierze jest pozostawienie destylatu takim, jakim bozia whisky przykazała. No, ale mamy co mamy, a jest tego i tak sporo.

Pochylając się nad kieliszkiem przenosimy się do owocowego sadu. Są tu świeże, soczyste jabłka, zielone, twarde gruszki, odrobina dębiny i słoik miodu z okolicznej pasieki. Kwiaty, wszędzie kwiaty. Idzie wiosna, a wraz z nią słońce, spokój i ciepło. Taki jest Clynelish. Po chwili jednak uderza złożoność destylatu. Jest tu nie tylko pszczeli miód, ale i dużo wosku. Whisky jest oleista, pozostawia długie nogi i zachęca do degustacji.

W ustach przyjemnie rozlewa się po podniebieniu. 46% ABV nie zniechęca, nie gryzie, dodaje pikanterii, ale w bardzo subtelny sposób. W pierwszej chwili dostajemy ponownie porządną łyżkę wielokwiatowego miodu. Potem dochodzą cytrusy, skórka cytryny, imbir, a whisky zmienia się ze słodkiej w wytrawną. Mam wrażenie, jakbym wgryzał się w kawał miodowego plastra. Memłam go w ustach, otrzymując zastrzyki oleistej konsystencji i korzennych przypraw. To treściwa whisky, która potrafi zaskoczyć.

Finish jest średni, uwydatniający do tej pory skrywany dymek. Jest on niewielki, ale nie można go nie wyczuć.

Reasumujac Clynelish, to whisky, której nie polecałbym na początek. Przypomina mi Lagavulina w tej kwestii, ale zanim się go doceni zazwyczaj należy przejść fazę zauroczenia Laphroaigiem, czy Ardbegiem. Dopiero, gdy opadnie nam pierwszy zachwyt i otworzymy się na subtelniejsze, głębsze doznania, bez fajerwerków, ale z wieloma pokładami złożoności, wtedy dostrzegamy butelkę, która cierpliwie czekała. Podobnie jest z Clynelishem. Gdy będziesz gotowy, warto po niego sięgnąć i przywitać się po przyjacielsku. Raczej nie zawiedzie.

Talisker w trzech odsłonach – Skye / 10 Y.O. / Dark Storm

Talisker w trzech odsłonach – Skye / 10 Y.O. / Dark Storm.

Dziś kolejny odcinek z Sycylii. Tym razem na warsztat wziąłem whisky single malt ze szkockiej wyspy Skye – Talisker Skye, Talisker 10 Y.O. i Talisker Dark Storm

Jaka whisky do 200 zł? – Glendronach 12 Y.O. single malt whisky

Gdy czasem ktoś prosi o radę:

  • – Co kupić?
  • – Jaką whisky wybrać?
  • – Co do danej kwoty?

są to o tyle trudne pytania, że z jednej strony mamy gust, który bywa różny, a z drugiej jesteśmy ograniczeni budżetem. Jeszcze kilka miesięcy temu wybierając whisky do 200 zł powiedziałbym: Bunnahabhain 12 Y.O., Ardbeg 10 Y.O., może Glen Scotia Double Cask.
Nadal uważam, że są to porządne butelki, ale ostatnio spadły z podium. Obecnie na miejscu pierwszym znalazł się GlenDronach 12 Y.O.. Dlaczego? Zapraszam do filmu.

Caol Ila 12 Y.O. – moja była… ulubiona destylarnia

Nazwa: Caol Ila 12 Y.O.

Destylarnia: Caol Ila

Kraj pochodzenia: Szkocja

Region: Islay

Moc: 43% ABV

Cena: ok. 170 zł

No to lecim z tym … torfem. Dziś w kieliszku 12-letnia Caol Ila. Jest przedstawicielem dymnych whisky z wyspy Islay, a produkująca ją destylarnia jedną z trzech należących do giganta Diageo (poza powyższą Lagavulin i Port Ellen). Na naszym rynku dość rozpoznawalna, ale nadal ukryta w cieniu Ardbega, czy Laphroaiga. Czemu? Prawdopodobnie jest to związane z tym, że Caol Ila nie wyróżnia się niczym wyjątkowym. Jej smak zazwyczaj jest stonowany, przyjemnie oleisty, gładki i zrównoważony. Tu nie ma fajerwerków, ale zawsze mamy do czynienia z wysokim poziomem destylatu.

Caol Ila była pierwszą destylarnią, którą odwiedziłem podczas wizyty na Islay. Do tej pory pamiętam bardzo miłą obsługę, piękne widoki na wyspę Jura i wąską drogę prowadzącą na parking.
Można się spotkać z kilkoma różnymi sposobami wymawiania jej nazwy, ja osobiście zostałem przy “ka-lila”, ale słyszałem też “kulajla”, “kalajla”, “kolilia” i kilka innych. Z gaelickiego oznacza ona cieśninę Islay, czasem możemy także spotkać się z tłumaczeniem “dźwięku Islay”, choć jest to związane z tłumaczeniem słów “sound of Islay”. Chodzi tu o przesmyk pomiędzy Islay, a Jurą. Ponownie, ja zostanę przy tym pierwszym.

Destylarnia położona jest przy jednym z dwóch portów Islay – Port Askaig. Założona została w 1946 roku, choć przez lata przechodziła z rąk do rąk. Jej destylaty trafiają do whisky mieszanych z serii Johnnie Walker, ale dzięki coraz większemu popytowi na single malty, mamy także kilka oficjalnych samodzielnych wydań Caol Ila np. 12-letnią, Moch, Distillers Edition, 18-letnią, 25-letnią, a nawet 30-letnią, która jest jedną z najsmaczniejszych whisky, jakich próbowałem. Od kilku lat ukazywały się także wersje “unpeated”, czyli nie torfowane / nie dymne. Są to ciekawe wydania, choć moim zdaniem wymagają odrobiny wody.

Whisky z Caol Ila znajdziemy także u niezależnych bottlerów. Często są to bardzo przyjemne wypusty, warte swojej ceny. Jednym z takich przykładów są tu tajemnicze Port Askaig, które podbiły serca fanów i choć oficjalnie, nie wiemy, że jest to Caol Ila, to … no cóż, raczej nie mamy wątpliwości.

Przez dłuższy czas Caol Ila była moją ulubioną whisky z Islay. Przez swój nienachalny charakter oferuje coś więcej, niż tylko uderzenie torfem w twarz i łzy w oczach. Dlatego chętnie sięgam po “podstawkę” – wersję 12-letnią.

Kolor blado-słomkowy sugeruje użycie beczek po bourbonie. Nie są to z pewnością beczki “first fill”.

W nosie dużo wanilii połączonej ze skoszoną trawą, morskim powietrzem, garbowaną skórą, owocami morza.

W smaku lekko wytrawna, rozchodzi się gładko po podniebieniu. 43% może nie powalają, ale też nie powodują zgrzytów. Caol Ila jest maślana, kremowa, kwaskowata i świeża. Mimo swoich lat nie straciła charakteru i potrafi miło zaskoczyć. To kulturalna i bardziej ułożona alternatywa dla fanów agresywnego torfu.

Finish jest średni, oleisty, o posmaku pieczonych nad ogniskiem jabłek.

Caol Ila 12-letnia kosztuje ok. 180 zł. W tej kwocie dostajemy whisky dymną, pewnie filtrowaną, pewnie kolorowaną (choć nie wiem w jakim celu), o mocy 43% ABV. Stosunek ceny do jakości uważam za interesujący, jednak niestety mamy tu mocnych konkurentów. W tej kwocie kupimy też Ardbega 10-letniego, a za kilka złotych więcej Lagavulina 16-letniego. Osobiście pomimo sympatii do Caol Ili wybrałbym tego ostatniego. Czy jest to dobra whisky? Jak najbardziej. Może stanowić doskonały wstęp dla osób stawiających swoje pierwsze kroki na Islay, ale dzięki zachowaniu własnej tożsamości zatrzymuje przy sobie nawet bardziej doświadczonych degustatorów. Do spróbowania – “must”, do zakupu… na pewno się nie zmarnuje 🙂

Talisker 10 Y.O. – morze zamknięte w butelce

 

Nazwa: Talisker 10 Y.O.

Destylarnia: Talisker

Kraj pochodzenia: Szkocja

Region: Highlands – Skye

Moc: 45,8% ABV

Cena: ok. 150 zł

Destylarnia Talisker na szkockiej wyspie Skye, to jeden z najpiękniejszych zakątków na szlaku whisky. Ostry, morski klimat otoczenia doskonale uwydatnia się w tutejszym alkoholu. Wyspa Skye nie oferuje zbyt wielu udogodnień swoim mieszkańcom. Pejzaże zapierają dech w piersiach, ale jałowa gleba, skaliste podłoże i humorzasta pogoda sprawiły, że jedyny biznes, jaki się tu ostał, to destylacja whisky. Podobno u zarania dziejów oficjalnej produkcji whisky w Talisker, czyli w 1825 roku lokalsi dostali wybór – praca w destylarni, albo wysiedlenie.

Obecnie destylarnia należy do giganta Diageo. Ostatnio mogliśmy spróbować jej w postaci Talisker Select Reserve, reprezentującej dom Greyjoy z Gry o Tron, a także Talisker 15 Y.O. w tegorocznym DSR (Diageo Special Releases). Producent sięga do zasobów Taliskera i co chwilę raczy fanów czymś nowym, choć niekoniecznie docenianym przez krytyków.

Ilu degustatorów, tyle zdań, jednak większość jest zgodna, że dziesięciolatka jest świetnym reprezentantem oferty Talisker. Jest to najbardziej rozpoznawalna edycja, pozwalająca cieszyć się charakterystycznymi dla Skye profilami smaku i zapachu. Mimo podejść do wersji bardziej lub mniej dymnych, nadal dziesiątka wydaje się być porządnym kompromisem i rozsądnym wstępem do świata Taliskera.

Talisker 10-letni, to whisky butelkowana o mocy 45,8%, co skłania do założenia, że nie była filtrowana na zimno. Niestety należy spodziewać się delikatnego podkolorowania, choć mamy rekompensatę w postaci określenia wieku i ceny, która wydaje się bardzo przystępna, biorąc pod uwagę jej stosunek do jakości. Taliskera znajdziemy w większości marketów w kwocie 150 zł. Obecnie w świątecznej promocji w zestawie otrzymamy także piersiówkę. Choć wiemy, że chodzi tylko o marketing, to właściwie czemu by nie skorzystać?

Często słyszymy o tym, że whisky jest torfowa. Torf tu, torf tam. Wszystko torfowe, a tak naprawdę pod tym określeniem kryje się tak wiele, że szkoda by było się temu nie przyjrzeć. Choć właśnie Talisker może wydawać się torfowy, to nie jest to smak Ardbega, Laphroaiga, czy Bowmore.

Talisker to dym z wygasłego ogniska, to skórzany pasek, to wędzona ryba i świeże ostrygi. Dymny aspekt whisky, łączy się z solą morską i wodorostami, tworząc niepowtarzalną mieszankę, dzięki której będziemy cieszyć nasze podniebienie czymś wyjątkowym.

W smaku znajdziemy powyższe, a do tego nuty wanilii, ciasta drożdżowego i odrobinę jabłka. Moc alkoholu przyjemnie drażni język i przypomina, że nie mamy do czynienia z deserem, ale prawdziwą whisky.

Finish jest średnio długi, pieprzny i wyrazisty.

Talisker 10-letni, to przyjemna whisky, którą zapamięta się na długo. Z jednej strony stanowi ważny punkt na degustacyjnej mapie Szkocji, ale może być także zaledwie przystankiem w drodze ku prawdziwny torfowym potworom. Jeśli zasmakujecie w jej magii, szybko przekonacie się, że destylarnia oferuje dużo i warto się pochylić nad innymi jej wypustami.