Bunnahabhain 18 YO Single Malt – moja miłość do grobowej deski. Niby Islay, a nie torfowa.

Destylarnia Bunnahabhain przez długi czas była moją ulubioną. Ich bogate, złożone, przyjemne destylaty, w połączeniu z klasycznym opakowaniem i wspomnieniami ze zwiedzania ich magazynów tworzyły mieszankę, która podsycała te uczucia i raczej nigdy nie było sytuacji, aby nie miała swojej reprezentacji w moim barku. Choć bardzo cenię wersję 12-letnią, to dopiero 18-stka sprawiła, że poznałem czym jest „prawdziwa” whisky. Obecnie Bunnahabhain ma wiele wypustów, ale do tej 18-stki nadal mam słabość.

Duncan Taylor – Seria Battlehill – Degustacja M&P Strzelecka 4.01.2021

Rok 2021 rozpoczął się z przytupem. Jeszcze nie ochłonęliśmy po Sylwestrze, a już 4 stycznia wzięliśmy udział w pierwszej degustacji whisky organizowanej przez salon M&P Strzelecka. Spore zainteresowanie tematem spowodowało, że przed ekranami spotkało się ponad dwadzieścia osób, chcących spróbować nowości ze stajni Duncan Taylor – whisky z serii Battlehill. Degustacja prowadzona była przez Łukasza Gołębiewskiego i ambasadora marki Fergusa Simpsona. Jeśli spodziewacie się, że to złoty alkohol królował tego wieczoru, to znaczy, że nie mieliście okazji jeszcze poznać Fergusa. Jego wiedza, anegdoty i poczucie humoru wprowadziły słuchaczy w niesamowicie przyjemny nastrój.

Duncan Taylor, to firma założona w 1938 roku Glasgow, mająca na celu pośrednictwo i obrót whisky, w której portfolio znalazły się destylaty kolekcjonowane latami przez amerykańskiego biznesmena Abe Rosenberga. Przez lata firma zabutelkowała ponad tysiąc różnych ekspresji stanowiących części takich serii, jak Rarest Collection – najwyższa półka z oferty firmy, Octaves – które przed zabutelkowaniem trafiają na co najmniej 90 dni do małych beczek 60l, co znacznie wpływa na ich proces maturacji, Dimensions, Single Range, Tantalus i innych, w tym ostatnio coraz popularniejsza, degustowana tego wieczoru seria Battlehill.

Seria Battlehill to hołd dla miasteczka Huntly, w którym obecnie mieści się siedziba firmy. Znajduje się ono w Speyside i to właśnie tu w 1307 roku miała miejsce bitwa pomiędzy zwolennikami króla Roberta I Bruce i Johna Comyna o tron Szkocji. Seria składa się ze starannie wyselekcjonowanych whisky typu single malt in grain, a do degustacji wybrano cztery z nich.

 

Glen Moray 9yo 46%

Zapach – lekki i owocowy z wyraźnym wpływem cytrusów, sprite, skoszona trawa, dużo wanilii, idealny summer dram, czuć młodość, miód i wiosnę. Po chwili uwydatniają się nuty ciemnych owoców, borówki i wiśnie.

Smak – słodka dębina, dobrze zbalansowany smak, tekstura maślana, wanilia, budyń śmietankowy, świeże owoce. 46% tworzy odpowiednią ramę i delikatny pazurek.

Finisz – długi, mięsisty i przyjemnie owocowo-drewniany.

Rzadko zdarza się, że whisky młode i niosące za sobą historię maturacji związaną z amerykańskim dębem potrafią tak przyjemnie zaskoczyć. Do jej produkcji wykorzystano beczkę typu sherry butt po winie Oloroso, jednak wytworzoną z dębu amerykańskiego, a nie europejskiego. Myślę, że to własnie połączenie nut sherry z waniliowymi akcentami zza oceanu spowodowało, że otrzymaliśmy coś świeżego, ciekawego i żywiołowego. W sam raz na zapowiedź wiosny.

Craigellachie 10yo 46%

Zapach – w nosie znajduję dużo świątecznego ciasta. Są jabłka, skórka białego chleba i wanilia.

Smak – tak, jak zapach wydawał mi się dość odległy i tajemniczy, smak jest konkretny i rozbudowany. Beczki po bourbonie oddały sporo słodkiej dębiny i wanilii. Znalazłem też nuty owocowe – melon, pomelo, a także winne, musujące.

Finisz – długi, przechodzący od słodyczy, przez aspekty kwaśne, aż wreszcie lekko mięsne i siarkowe.

Whisky tajemnicza. Zapach wydaje się nieśmiały, potrzebuje czasu, aby go odkryć i odpowiednio zdefiniować. Smak za to rekompensuje to w stu procentach. To pyszna whisky, oferująca podróż przez wiele różnych doznań degustacyjnych. Do jej produkcji użyto beczki typu hogshead ex bourbon.

Glenallachie 10yo 46%

Zapach – w pierwszej chwili miód i sól. Mieszanka, której się nie spodziewałem po destylarni ze Speyside. Następnie na przedzie pojawiają się świeże owoce – gruszka, jabłko i śliwki. W tle wyczuwalne są także zioła, przyprawy korzenne, a także cytrusy i wanilia.

Smak – whisky słodka, deserowa, ale nie nudna, ma pazur. Cytrusy, zioła, zielone jabłka, szczypta soli i biała czekolada.

Finisz – pieprzny, średnio długi, cytrusowy.

Whisky przyjemna, oleista, owocowa, ale też głęboka, rozbudowana. Zarówno w smaku, jak i w zapachu pojawiają się nuty skórki cytrynowej i soli morskiej. Do jej produkcji użyto beczki po sherry Oloroso.

Bunnahabhain 10yo 46%

Zapach – zdecydowanie morska whisky. Choć nie uderza torfem, nie odurza dymem, to oferuje niesamowicie złożone aromaty, które głównie oscylują wkoło słodyczy czerwonych owoców i słonej, intensywnej bryzy.

Smak – jest spójny z zapachem. Dużo słodyczy, elementy słone, mineralne, umami połączone z klasyką. Znajdziemy tu czekoladę, migdały i wanilię,

Finisz – długi, ciepły, przyjemny i rozbudowany.

To zdecydowanie whisky wieczoru. Jej kompleksowa budowa i głębia doznań świetnie łączy się z młodością destylatu. Whisky ta powinna zadowolić zarówno osoby początkujące, jak i posiadające większe doświadczenie w temacie degustacji.

Degustację uważam za bardzo udaną, świetne rozpoczęcie sezonu. Jeśli będzie przedsmakiem tego, co przyniesie rok 2021, to już nie mogę się doczekać.

Clan Denny ENIGMA – Bunnahabhain 12 YO Single Cask 63.9% – z wodą, czy bez wody?

Czy do whisky dolewać wody? Temat rzeka… (dobre nie?:-) Zdania są podzielone, choć bezsprzecznie trzeba stwierdzić, że szczególnie w przypadku whisky wysokoprocentowych, woda pomaga w odbiorze, uwydatnia smak i aromat, a sam alkohol zaczyna stanowić miłe tło, a nie motyw przewodni. Dziś odrobina wody przy degustacji doskonałej Bunki – Clan Denny ENIGMA – Bunnahabhain 12 YO Single Cask 63.9%.

Bunnahabhain 18 Y.O. – moja pierwsza pełnoletnia miłość

Istotnym faktem podczas degustacji już „legalnej” edycji Bunnahabhain 18 Y.O. , jest odmienność jej palety w porównaniu do przedstawicieli innych destylarni z wyspy Islay. Nie znajdziemy tu zbyt wielu ciężkich, szpitalnych, czy dymnych aromatów. Spowodowane jest to faktem, że słód niezbędny w procesie destylacji jest nietorfowany, a woda nie przepływa przez okoliczne torfowiska, a doprowadzana jest rurami z okolicznych gór. To te dwa czynniki wpływają głównie na ilość fenoli ukrytych w butelce.

Pamiętam, że pierwszy raz próbowałem wersji 18 Y.O. w Warszawie na festiwalu Whisky Live Warsaw w 2015 roku. Stała ona tam sobie w towarzystwie młodszej siostry i nieśmiało kusiła przechodniów. Nie oparłem się jej wdziękom, a znając już młodszą część rodziny Bunnahabhain, rzuciłem się na nią, starannie ukrywając drżenie rąk (była w cenie biletu). Staliśmy we czterech towarzyszy w kieliszku degustacyjnym, przepłukując gardła miedzianym trunkiem i kiwając spokojnie głowami. Każdy z nas stwierdził po chwili, że właśnie znalazł kandydatkę na Whisky nr 1 Festiwalu i gdyby nie starsze koleżanki z innych destylarni, pewnie by tak zostało.

Do tej pory mam do niej duży sentyment. W porównaniu do innych nietorfowych osiemnastolatek plasuje się bardzo wysoko na mojej liście godnych polecenia trunków. Czy jednak cena idzie w parze z jakością?

Jest to dojrzała whisky. Widać to, gdy płyn opłukuje spokojnie kieliszek. Konsystencja jest gęstsza, bardziej oleista, a kolor miedziany w porównaniu do np. wersji 12-sto letniej. Według producenta nadal brak tu filtrowania na zimno i kolorowania karmelem. Widać natomiast wpływ beczek po sherry.

Starsze whisky zwykle mają szczególny – z braku lepszego słowa – zapach. Czuć, że mamy do czynienia z czymś dojrzałym i głębokim w aromacie. Powiedziałbym, że tu obserwujemy dopiero nieśmiałe podrygi w tym kierunku. 46,3 % pali w nos, ale po chwili ustępuje porządnej dawce słodyczy. Jest tu ciemna czekolada, toffi, miód gryczany, suszone owoce, śliwki, rodzynki i wiśnia. Zapach bogaty, kompleksowy i spójny. Bez wyraźnej dominacji.

W smaku ponownie atakuje siła alkoholu. To nie jest delikatny, 40% blend. Dodatkowe 6,3% są odczuwalne i jest to dobre. Na pierwszym miejscu dominuje słodycz toffi, karmelu, miód, ale to słodycz ciężka, rozbudowana i głęboka. Potem orzechy laskowe, migdały i ciemne owoce. Wyczuwalny smak dębowej beczki miesza się z aromatami delikatnego sherry. Gdzieś na podniebieniu dało się wyczuć dymno-słonawe nuty, ale zniknęły one tak szybko, jak się pojawiły.

Finish raczej średni, ale konkretny, delikatnie cierpki. Uśmiech na ustach i chęć spróbowania więcej.

To nie jest whisky do coli. To skomplikowana i bogata mieszanka destylatów, z których najmłodszy ma 18 lat. Warto na chwilę się zatrzymać i porządnie rozsmakować. Pozwoli nam to bardziej docenić w przyszłości 25-letnie, a może i starsze (jak Matka Boska Pieniężna pozwoli) trunki. Staram się zapamiętać wszystkie niuanse i skojarzenia, a jest ich niemało. Bunnahabhain 18 Y.O. to ciekawa propozycja dla osób mających już jakieś doświadczenie w świecie whisky. Przy cenie około 500 zł warto odłożyć zakup i degustację, by najpierw sięgnąć po jej młodszą siostrę, choćby w celu porównania. Dla mnie jest to strzał w dziesiątkę, choć pozostawia pewien niedosyt. Jakbym właśnie przewrócił ostatnią stronę porządnej książki i teraz nie miał, co zrobić z rękoma albo kiedy kończy się ulubiona piosenka i jeszcze słyszę zanikającą gitarę. Niby można ją puścić na nowo, ale to już nie to samo.

Bunnahabhain 14 YO 2003 – Pedro Ximénez Cask Finish – OMG nie mam słów

Nazwa: Bunnahabhain 14 YO 2003 – Pedro Ximénez Cask Finish

Destylarnia: Bunnahabhain

Kraj pochodzenia: Szkocja

Region: Islay

Moc: 54,3%

Cena: 600 zł (obecnie nie do kupienia w tej cenie)

Zazwyczaj w tym momencie zaczynam od porządnego wstępu. W końcu edukacja licealna nie poszła na marne. Opowiadam więc jakąś anegdotkę lub nawiązuję do miejsca/czasu, kiedy to miałem okazję spróbować daną whisky, w ostateczności staram się nawiązać do historii destylarni i zainteresować czytelnika czymś więcej niż procentem. Należy budować atmosferę i suspens, a dopiero potem przejść do konkretów. Mając powyższe na uwadze, limitowaną 14-letnią edycję Bunnahabhain 2003 PX Cask Finisz miałem okazję próbować podczas ostatniego Whisky & Friends i …

TO NAJLEPSZA WHISKY JAKĄ PRÓBOWAŁEM OD DŁUŻSZEGO CZASU !!!!

Ok, powiedziałem to. Trzeba było to powiedzieć. Nie dało się inaczej, bo wracam do niej myślami odkąd zagościła na moim podniebieniu. Od tamtej pory serwisy aukcyjne i sklepy internetowe zostały przeze mnie zweryfikowane po kilka razy. Ta gładkość, pikanteria, słodycz i bogactwo smaku wracają i nie dają spokoju. Bo było to DOBRE i chcę więcej.

Zawsze uważałem, że 18-letnia wersja Bunnahabhaina, to złoty standard whisky, coś, co utkwiło w pamięci, zawsze smakuje i na czym się nigdy nie zawiodłem, dlatego przynajmniej jedna butelka musi gościć w moim barku. Jednak to, co odnalazłem w wersji 14 Y.O. PX Cask Finisz zdaje się ukazywać, na co jeszcze stać destylarnie.

Będąc na Islay miałem okazję odwiedzić magazyny Bunnahabhain i spróbować ich specjałów prosto z beczek. Krótko mówiąc zakochałem się w ich destylacie. Połączenie wysokiej jakości beczek po sherry i bourbonie tworzy mieszankę, która oferuje bogactwo smaku, jednocześnie nie przytłaczając nadmierną słodyczą. Widać, że producent zna się na swojej robocie. Nie trafiłem jeszcze na wypust, który by mnie nie zaciekawił, a ich torfowe wersje, choć mniej popularne, mogą spokojnie konkurować z innymi przedstawicielami torfu z Islay.

Ponownie miałem nadzieję, że na festiwalu pojawi się oficjalna wersja 25 Y.O., którą coraz trudniej ustrzelić. Ponownie się zawiodłem, jednak postanowiłem sprawdzić, co jeszcze znalazło się obok podstawowej 12-latki. Tak trafiłem na PXa i nagle festiwal Whisky & Friends nabrał zupełnie innego wymiaru. Żeby nie być gołosłownym tego dnia celowałem głównie w wysoką półkę. Miałem okazję próbować Glen Scotię 25 Y.O., GlenDronacha Kingsmn Edition, Glenliveta 25 Y.O., Glenmorangie Signet………… i wreszcie Brorę 34 Y.O. Mimo wszystko moje myśli były przy tej niesamowitej 14-latce. Powiecie że oszalałem, że przerwa w degustacjach skrzywiła mi postrzeganie rzeczywistości, że jestem nieobiektywny, że jest wiele lepszych, tańszych, smaczniejszych i… pewnie będziecie mieli rację.

Pamiętam, jak dwa lata temu miałem okazję degustować wspaniałą dziesiątkę z Diageo Special Releases, którą otwierała Caol Ila Unpeated. Choć było tam wiele doskonałych whisky z Port Ellen i Brorą na czele, do tej pory pamiętam właśnie ją i czuję do niej duży sentyment. Biorąc powyższe pod uwagę zakładałem, że może być to kwestia degustacji Bunnahabhaina jako jednej z pierwszych whisky na festiwalu. Jednak przyniesiony do domu sampel rozwiał wszelkie wątpliwości. Bunnahabhain 14 Y.O. PX Cask Finish zasługiwał na wszelkie komplementy.

A teraz trochę konkretów. Mamy tu do czynienia z whisky, która początkowo leżakowała 11 lat w beczkach second fill ex-sherry, a następnie została przelana do beczek first fill Pedro Ximenez na 4 lata. Dzięki temu nie przytłacza, ale jednocześnie wbija w siedzenie swoją wielowymiarowością. Butelkowana jest z mocą 54,3 %, przez co w język szczypie i orzeźwia. Na limitowaną edycję skała się zaledwie 6768 butelek, a których jedna prędzej czy później zagości w moim domu.

Nie ukrywam, że wolałbym, żeby było to wcześniej, bo odrobinę zdziwiłem się, gdy sprawdziłem ceny Bunny. Jeszcze chwilę temu wersję 18-letnią można było kupić za 460 zł, a 25-letnią za 1260 zł, co uważałem za good value for money. Gdy spytałem na festiwalu o cenę PXa dowiedziałem się, że muszę liczyć się z podobną kwotą, co wspomniana 18-stka. Zacierałem więc rączki, wchodząc na stronę sklepu internetowego, bo oczyma wyobraźni widziałem już mój nowy nabytek w barku, jednak … i tu zaczynają się schody. Ostatnio ceny poszły w górę. Podobno za sprawą braków magazynowych (każdy tak mówi) 18-stka kosztuje już prawie 600 zł, 25-tka 1600 zł, a PX 570 zł. Ostudziło to moje zapędy, lecz nie odebrało nadziei. Będę ją miał, choćbym miał wydrzeć butelkę z destylarni, tak mi dopomóż boże płynnego złota.

Rozpoczynając degustację od razu rzuca nam się w oczy kolor destylatu. Jest głęboki, bursztynowy i wyrazisty. W nosie wyczuwalne są suszone owoce, rodzynki, figi, skórka pomarańczowa, tytoń i czekolada. Przy samym zapachu można spędzić kilka dłuższych chwil, bo z każdą minutą odnajdziemy tu coraz więcej ciekawostek. W ustach pojawi się słodycz śliwek, wiśni w czekoladzie, wanilii i toffi skontrastowana z orzechem, imbirem, cynamonem i odrobiną pikanterii. Ma konsystencję syropu i gładko przechodzi przez gardło. Finish niezwykle przyjemny i długi, pozostawiający posmak przypraw świątecznych i morskiej bryzy.

Gdybym więc miał wybrać jedną whisky, która zawładnęła mną podczas tegorocznego Whisky & Friends, to byłby nią właśnie Bunny PX Cask Finish. Jest to oczywiście tylko moja, prywatna opinia. Zdaję sobie sprawę z tego, że ile osób, tyle znajdzie się propozycji na top one. Przyznam, że jestem ich bardzo ciekaw. Z mojej strony mogę tylko dodać, że na Bunny nigdy się jeszczenie zawiodłem. Nigdy nie miałem żadnych zgrzytów, fuzli, płaskich smaków, marketingowych zabaw w kotka i myszkę z klientem. Jest moc, brak karmelu, brak filtracji, a więc tylko lać i zacierać dłonie. Panie i panowie z czystym sumieniem polecam edycję Bunnahabhain 14 Y.O. 2003 PX Cask Finish.