Bunnahabhain 18 YO Single Malt – moja miłość do grobowej deski. Niby Islay, a nie torfowa.

Destylarnia Bunnahabhain przez długi czas była moją ulubioną. Ich bogate, złożone, przyjemne destylaty, w połączeniu z klasycznym opakowaniem i wspomnieniami ze zwiedzania ich magazynów tworzyły mieszankę, która podsycała te uczucia i raczej nigdy nie było sytuacji, aby nie miała swojej reprezentacji w moim barku. Choć bardzo cenię wersję 12-letnią, to dopiero 18-stka sprawiła, że poznałem czym jest „prawdziwa” whisky. Obecnie Bunnahabhain ma wiele wypustów, ale do tej 18-stki nadal mam słabość.

Bunnahabhain 18 Y.O. – moja pierwsza pełnoletnia miłość

Istotnym faktem podczas degustacji już „legalnej” edycji Bunnahabhain 18 Y.O. , jest odmienność jej palety w porównaniu do przedstawicieli innych destylarni z wyspy Islay. Nie znajdziemy tu zbyt wielu ciężkich, szpitalnych, czy dymnych aromatów. Spowodowane jest to faktem, że słód niezbędny w procesie destylacji jest nietorfowany, a woda nie przepływa przez okoliczne torfowiska, a doprowadzana jest rurami z okolicznych gór. To te dwa czynniki wpływają głównie na ilość fenoli ukrytych w butelce.

Pamiętam, że pierwszy raz próbowałem wersji 18 Y.O. w Warszawie na festiwalu Whisky Live Warsaw w 2015 roku. Stała ona tam sobie w towarzystwie młodszej siostry i nieśmiało kusiła przechodniów. Nie oparłem się jej wdziękom, a znając już młodszą część rodziny Bunnahabhain, rzuciłem się na nią, starannie ukrywając drżenie rąk (była w cenie biletu). Staliśmy we czterech towarzyszy w kieliszku degustacyjnym, przepłukując gardła miedzianym trunkiem i kiwając spokojnie głowami. Każdy z nas stwierdził po chwili, że właśnie znalazł kandydatkę na Whisky nr 1 Festiwalu i gdyby nie starsze koleżanki z innych destylarni, pewnie by tak zostało.

Do tej pory mam do niej duży sentyment. W porównaniu do innych nietorfowych osiemnastolatek plasuje się bardzo wysoko na mojej liście godnych polecenia trunków. Czy jednak cena idzie w parze z jakością?

Jest to dojrzała whisky. Widać to, gdy płyn opłukuje spokojnie kieliszek. Konsystencja jest gęstsza, bardziej oleista, a kolor miedziany w porównaniu do np. wersji 12-sto letniej. Według producenta nadal brak tu filtrowania na zimno i kolorowania karmelem. Widać natomiast wpływ beczek po sherry.

Starsze whisky zwykle mają szczególny – z braku lepszego słowa – zapach. Czuć, że mamy do czynienia z czymś dojrzałym i głębokim w aromacie. Powiedziałbym, że tu obserwujemy dopiero nieśmiałe podrygi w tym kierunku. 46,3 % pali w nos, ale po chwili ustępuje porządnej dawce słodyczy. Jest tu ciemna czekolada, toffi, miód gryczany, suszone owoce, śliwki, rodzynki i wiśnia. Zapach bogaty, kompleksowy i spójny. Bez wyraźnej dominacji.

W smaku ponownie atakuje siła alkoholu. To nie jest delikatny, 40% blend. Dodatkowe 6,3% są odczuwalne i jest to dobre. Na pierwszym miejscu dominuje słodycz toffi, karmelu, miód, ale to słodycz ciężka, rozbudowana i głęboka. Potem orzechy laskowe, migdały i ciemne owoce. Wyczuwalny smak dębowej beczki miesza się z aromatami delikatnego sherry. Gdzieś na podniebieniu dało się wyczuć dymno-słonawe nuty, ale zniknęły one tak szybko, jak się pojawiły.

Finish raczej średni, ale konkretny, delikatnie cierpki. Uśmiech na ustach i chęć spróbowania więcej.

To nie jest whisky do coli. To skomplikowana i bogata mieszanka destylatów, z których najmłodszy ma 18 lat. Warto na chwilę się zatrzymać i porządnie rozsmakować. Pozwoli nam to bardziej docenić w przyszłości 25-letnie, a może i starsze (jak Matka Boska Pieniężna pozwoli) trunki. Staram się zapamiętać wszystkie niuanse i skojarzenia, a jest ich niemało. Bunnahabhain 18 Y.O. to ciekawa propozycja dla osób mających już jakieś doświadczenie w świecie whisky. Przy cenie około 500 zł warto odłożyć zakup i degustację, by najpierw sięgnąć po jej młodszą siostrę, choćby w celu porównania. Dla mnie jest to strzał w dziesiątkę, choć pozostawia pewien niedosyt. Jakbym właśnie przewrócił ostatnią stronę porządnej książki i teraz nie miał, co zrobić z rękoma albo kiedy kończy się ulubiona piosenka i jeszcze słyszę zanikającą gitarę. Niby można ją puścić na nowo, ale to już nie to samo.