Tullibardine – Przegląd wypustów destylarni

Tullibardine – stosunkowo mało znana destylarnia, oferująca bardzo przyjemny produkt. Mieści się ona w miejscowości Blackford w regionie Highlands. Miasto słynie z najstarszego w Szkocji udokumentowanego browaru. Jest o nim mowa w roku 1488, kiedy to król Jakub IV zatrzymał się tu i zakupił beczkę piwa. Ta sama postać wpisuje się również w historię whisky. Kroniki z 1495 opisują jak zamówił on u John’a Cor aqua vitae z ośmiu worków słodu.

Destylarni o nazwie Tullibardine było więcej jednak nie przetrwały one próby czasu. W 1798 roku William & Henry Bannerman otworzyli pierwszą, choć działała ona tylko przez rok. Kolejną w 1814 uruchomił Andrew Bannerman (przypuszczalnie krewny). Tym razem działała do 1837 r.

W XIX w. w miasteczku działała słodownia i trzy browary: Gleneagles Brewery (funkcjonował do 1927 r.) oraz dwa kolejne, które jednak zamknięto na przełomie XIX i XX wieku.
Po wojnie, w 1949 r. znany projektant gorzelni William Delme-Evans kupił wspomniany browar i zbudował tam nową destylarnię. Była ona pierwszym tego typu zakładem zbudowanym w Szkocji po 1900 roku. Tym samym marka Tullibardine odrodziła się w nowym miejscu.
Fermentacja trwa około 52h, produkuje się tu 3 mln alkoholu rocznie. W trakcie swojej krótkiej historii zakład był zamknięty w latach 1994-2003.

Na terenie destylarni znajduje się kilka magazynów. Było ich więcej jednak część z nich została wydzierżawiona jako salony sprzedażowe dla centrum handlowego Blackford.

W 2013 roku nastąpiła zmiana asortymentu whisky Tullibardine. Od tamtej pory w sprzedaży jest: podstawowa Tullibardine Sovereign, kolejne bez podanego wieku finszowane w beczkach po Sauternes, Sherry i Burgundzie. Proces finiszowania trwa około 12 miesięcy. Wydawane są też pozycje z deklaracją wieku: 15, 20, i 25-letnia. Pojawiają się butelki z serii Marquess Colection “The Murray”. Najbardziej prestiżową i jednocześnie najdroższą jest kolekcja “Custodian Collection”, gdzie butelkuje się trunki naprawdę wiekowe np 60-cio czy 52-u letnie. Turyści mają do dyspozycji centrum dla zwiedzających.

Tullibardine Sovereign, 43%, brak informacji o okresie leżakowania, filtracji i koloryzacji. Kolor jest bardzo delikatny, słomkowy. Ponieważ destylat dojrzewał w beczkach po burbonie pierwszego napełnienia jest szansa, że kolor jest naturalny, ale to tylko moje przypuszczenia.
Whisky jest bardzo delikatna. Zarówno w aromacie jak i smaku. Wyczuwam słodki krem na torcie i oczywiście wanilię. Pojawia się ścięta trawa oraz ściśnięta skórka pomarańczy. Zapach żelków owocowych i pewnej kwiatowości. W smaku dostaję przyjemną dębinę z wanilią – czuć wpływ beczek. Nieco bitej śmietany z kremem toffi. Jest delikatna przyjemna pikantność. Finisz niestety bardzo krótki z posmakiem dębiny.
Pomimo niewielkiego wieku, whisky kusi paletą aromatów, a w smaku jest przyjemna. Nie jest to trunek degustacyjny. To przyjemny niezobowiązujący “daily dram”.
Bardzo dobra pozycja do zapoznania się z destylatem. Wszystkie kolejne opisywane dalej butelki to właśnie ta whisky poddana finiszowi w różnych beczkach.

Tullibardine 225 Sauternes Finish. Również 43%, bez określonego wieku, bez informacji o koloryzacji czy filtracji. Wiemy, że finiszowanie zajęło około 12 miesięcy. Whisky po początkowej maturacji w beczkach po burbonie była przelana do beczek o pojemności 225 litrów (stąd nazwa) po winie sauternes. Z etykiety dowiaduję się, że beczki pochodzą z regionu Bordeaux, a dokładnie z Château Suduiraut, a Premier Cru Classé.
Pamiętam moje pierwsze spotkanie z tą butelką. Na nosie okazała się nieco nieprzyjemna. Dziś też wyczuwam ten nieprzyjemny zapach starego, przeterminowanego lekarstwa. Dalej przychodzą już przyjemne rodzynki, słoma, trochę ciasta biszkoptowego. Wanilia nadal jest wyczuwalna. Jest też zapach ziaren zbożowych, płatków owsianych. Są wspomniane wcześniej żelki owocowe. Smak jest pozbawiony nieprzyjemnych efektów z nosa. Zbliżony do poprzedniej whisky, jednak pełniejszy. Więcej kremowości, więcej bitej śmietany i toffi. Słodka, krucha krówka. Delikatna pikantność pojawia się dopiero gdzieś na końcu, bardziej w dębowym finiszu.
W stosunku do poprzedniej butelki smaki są podbite, natomiast w aromacie są duże różnice. Whisky jest ciekawa, nie jest nachalna. Nie jest też pozycją degustacyjną, ale warto poświęcić jej chwilę, zanim potraktujemy ją jako dobry “popijacz” do serialu, czy lektury.

Tullibardine 228 Burgundy Finish. W tej serii cały czas mamy 43% objętości alkoholu. Brak jest informacji o okresie leżakowania, filtracji czy też koloryzacji. Kolor natomiast jest ciekawy. Pojawiają się w nim błyski czerwieni, czy też burgundu. Jak sama nazwa wskazuje whisky była finiszowana w beczkach o pojemności 228 litrów pochodzących z Château de Chassagne-Montrachet.
W zapachu dostaję dużo winnej wytrawności. Wyczuwam czerwone wytrawne wino. Wysuszone rodzynki, figi, śliwki. Tortowy biszkopt nasączony alkoholem z nałożonym kremem. Pojawiają się też orzechy. Smak jest intensywny, zdecydowanie przychodzą na myśl słodkie skojarzenia. Czuję rodzynki nasączone alkoholem, żelki owocowe. Biszkopt z lukrem posypany orzechami nerkowca, orzechami laskowymi. Niewielka przyprawowa pikantność pojawia się dopiero na końcu przy finiszu. Tutaj dębinę zastępuje posmak wina, o dziwo słodkiego.
Ta butelka to ciekawe doświadczenie, ponieważ podstawowy Tullibardine jest tu wyczuwalny, ale pierwsze skrzypce gra finisz. Beczki po winie nie zdominowały destylatu, ale dużo dodały. Nadal nie jest to whisky, w której można doszukać się drugiego dna, ale jest ona godna uwagi. Zdecydowanie warto poświęcić jej dłuższą chwilę tym bardziej, że niewiele jest pozycji z takim finiszowaniem. Wróciłem do niej z przyjemnością.

Tullibardine 500 Sherry Finish. Standardowo 43%, bez informacji o okresie leżakowania, bez informacji o koloryzacji czy filtracji. O beczkach użytych przy finiszowaniu wiemy nieco mniej niż przy poprzednich butelkach. Na etykiecie jest tylko informacja o ich pojemności wynoszącej 500 litrów. Nie wiemy skąd pochodzą.
Na nosie dużo cierpkich, wytrawnych zapachów. Kwaśna wiśnia. Przebija się dębina i wanilia. Powracają aromaty toffi, żelków owocowych. Trochę miodu, zapachu kwiaciarni. Po pierwszym łyku dochodzi aromat wiśni w alkoholu i orzechów. Ciekawe są te skojarzenia z wiśniami, ponieważ w produkcie, o którym piszę, ich nie ma.
W smaku wybija się sherry. Nie jest to sherry-bomba, ale czuć ewidentny wpływ finiszowania. Jestem zaskoczony, że pomimo beczek o dużej pojemności smak jest tak intensywny. Czuję herbatę owocową, zimny kompot. Jest słodki krem, jest toffi i wanilia, jest też znany już z poprzednich delikatny pikantny finisz. Tym razem zmierza on w stronę wytrawnego.
Tu również mamy ciekawy przykład co daje proces finiszowania. Przyjemnie było przypomnieć sobie te smaki. Warto tą butelkę zestawić sobie do porównania z inną destylarnią, która stosuje podobny proces maturacji.

Dobrze, że wszystkie powyższe whisky są wydane w ten sam sposób. Z tym samym stężeniem alkoholu. Zakładam, że okres leżakowania jest również podobny. Dzięki temu możemy w zrozumiały sposób, dokonać porównania “podstawki”, do tego co daje finiszowanie.
W moim prywatnym rankingu dziś najlepsza okazała się Tullibardine 228. Szczerze przyznam, że chętnie do niej wrócę. Zaraz za nią jest Tullibardine 500. Przegrała dlatego, że finisz po sherry jest mocno rozpowszechniony i nie zaskakuje tak bardzo. Natomiast “podstawka” i wersja 225 to dobre whisky dla kogoś, kto w danym momencie nie szuka wrażeń, a ma ochotę na przyjemnego drama.

Autor: Olo

Grey Scottish Fox Blended whisky z Żabki- 40 zł za blended whisky? Sprawadzam

Na kanale mieliśmy już kilka „tanioszek”. Czy whisky budżetowa oznacza, że z definicji jest zła? Nie. Bo dobra whisky to tak która smakuje. Jednak trzeba głośno powiedzieć, że biorąc pod uwagę cenę 40 zł, to trudno wlać tu coś godnego picia solo i oczekiwać cudów. Dziś w kieliszku Grey Scottish Fox ze sklepów Żabka. Czy warto zakupić tą blended whisky? Sprawdzam.

The Singleton – Przegląd destylatów – Malt Master’s, 12 YO, 15 YO, 18 YO i 38 YO

Jest już po 12:00 w niedzielę, można więc czegoś skosztować. Dziś do kieliszków w szerokim zakresie polany został The Singleton. Należy pamiętać, że jest to marka whisky, a nie nazwa destylarni. Na stronie Polish My Whisky pojawiły się już stosowne artykuły w tym temacie, między innymi w przypadku serii Game Of Throne oraz recenzji wersji Malts Master’s, o której dziś też wspomnę.

Degustację, zaczynam od podstawowej whisky: Singleton of Dufftown Malts Master’s. Wersja bez podanego wieku o mocy 40%. Wiemy, że musi mieć co najmniej trzy lata. Leżakowanie odbyło się w beczkach po burbonie, sherry Pedro Ximenez oraz Oloroso.
Z kieliszka unosi się łagodny, owocowy zapach. Pojawiają się dojrzałe słodkie jabłka i gruszki. Oczywiście jest też wanilia, słód jęczmienny, ale zaskakująco wyczuwam też siano. Pomimo młodego wieku, w aromacie nie wyczuwam alkoholu. Pierwszy łyk jest przyjemny, delikatny, spełnia obietnicę zapachu. Czuję wanilię, dębinę, owocową słodycz. Jest posmak, jakbym w kąciku ust przygryzał sobie źdźbło słomy. Na końcu pojawia się nieco przyprawowej pikantności. Krótki finisz pozostawia smaki dębiny.
Jest to ciekawa pozycja dla osób początkujących, chcących poznać świat single malt. Whisky nie odrzuca, nie dominuje, do tego jest łagodna w odbiorze. Pozycja sprawdzi się też jako trunek do spotkania towarzyskiego.

Przechodzę do kolejnego kieliszka, gdzie czeka na mnie The Singleton of Dufftown 12y “Luscious Nectar”. Stężenie alkoholu to również 40%. Jest to ta sama whisky co poprzedni NAS. Różni się oczywiście wiekiem, natomiast leżakowanie to podobny proces.
W zapachu otrzymuję zdecydowanie więcej aromatów owocowych. Tak samo występuje jabłko i gruszka, ale są to aromaty bardziej intensywne. Pojawiają się orzechy włoskie, skórka pomarańczy. Jest też pewna kwiatowość, która przechodzi w miód. Wyczuwam trochę brązowego cukru oraz gorzkiej czekolady.
Smak jest również bardziej intensywny i pełniejszy niż w poprzednim przypadku. Pojawia się pieczone jabłko, niezbyt słodka czekolada. Wyczuwam młode, świeże orzechy włoskie z ich nieco gorzką skórką. Smaki wanilii i toffi są, ale nie są one dominujące. W porównaniu do NAS’a zdecydowanie mniej czuć dębinę. Na końcu pojawia się przyprawowość pieprzu, gałki muszkatołowej. Finisz jest przyjemny, trochę gorzki.
Wersja 12y to interesująca pozycja. Bardzo dobry daily dram. Whisky przyjemna do sączenia przy oglądaniu TV lub czytaniu książki. W stosunku do wersji podstawowej jest to duży krok naprzód, dla kogoś kto będzie chciał poszerzyć swoje horyzonty. Lecz należy uważać, ponieważ jest ona wyjątkowo “łatwo pijalna”.

Czeka na mnie The Singleton of Dufftown 15y. Zestaw beczek podobny jak w poprzednich przypadkach. Moc również 40%. Trochę szkoda, bo już przy tym wieku chciałoby się nieco więcej tego nośnika smaków i aromatów.
Na nosie mamy więcej aromatów od sherry, a mniej wanilii. Wydaje się, że w tym przypadku użyto więcej destylatu z beczek po sherry, a mniej po burbonie. Aromat jabłek i gruszek oczywiście jest, ale pojawiają się też czereśnie i czerwona porzeczka. Dużo więcej zapachów cytrusów. Grejpfrut i kandyzowana skórka pomarańczy. Nuty wosku pszczelego oraz miodu.
W smaku otrzymuję dużo mniej dębiny niż poprzednio, mniej wanilii. Natomiast więcej orzecha, czekolady z orzechami. Są rodzynki, suszone daktyle, migdały. Gdzieś daleko mogę również wyczuć wspomniany miód i pszczeli wosk w niewielkich ilościach. Cały czas towarzyszy mi delikatna przyjemna pieprzność przypraw korzennych. Finisz powiedziałbym, że raczej wytrawny, trwający i delikatnie pikantny.
Pomimo minimalnego stężenia alkoholu, whisky wyjątkowo intensywna i pełna. Jestem zaskoczony. Nie jest to wybitna pozycja, ani też degustacyjna, ale warta spróbowania. Podobnie jak 12y jest dobrym daily dram. Do lektury, do serialu, do jakiegoś hobby w domowym zaciszu to bardzo przyjemny trunek. Z uwagi na swoja stosunkowo niewielką moc i dobrze ukryty alkohol również niebezpiecznie łatwo pijalny.

Przechodzę do wersji pełnoletniej. The Singleton of Dufftown 18y. Proces leżakowania taki sam jak u poprzedniczek. Niestety zawartość alkoholu również 40%. To już moim zdaniem duży minus. Chętnie spróbowałbym pozycji z zawartością 46%. Z tą whisky miałem wcześniej do czynienia. Spojrzałem na moje notatki, które okazały się zbieżne z dzisiejszą degustacją.
Aromat skojarzył bym z wersją 12y tylko bardziej intensywny. 12y na sterydach. Nie ma tyle nut sherry co w 15y. Jest niejako powrót do wanilii i beczek po burbonie. Czuję pieczone jabłko, trochę skórki pomarańczy. Jest więcej miodu i pszczelego wosku. Aromaty starego strychu, nieco kurzu, trochę skóry (skórzany pasek lub torba).
W smaku jest dużo dębiny, dużo wanilii. Budyń waniliowy polany niezbyt słodką czekoladą. Przyjemny finisz, długi z gorzką czekoladą. Tym razem nie wyczułem pikantności.
Tutaj również otrzymuję przyjemną, pełną w smaku i zbalansowaną whisky. Niestety też jest to dobry daily dram, do serialu, czytania, majsterkowania itp. Piszę “niestety” ponieważ po wersji 18y spodziewałbym się już czegoś do degustowania, czegoś co troszkę zaskoczy, czegoś co zapamiętam. W tym przypadku tak nie jest. Tak samo mam zapisane w moich notatkach: “przyjemna, pijalna, ale bez efektu “wow””. Na stole podczas spotkania towarzyskiego będzie się ładnie prezentować i zasmakuje każdemu, kto lubi alkohole mocne.

Przyszedł czas na ostatni dram. Nie chcę przesądzać, ale zakładam, że w podsumowaniu na końcu będe celowo musiał usunąć tą pozycję z podium. W tym przypadku destylat pochodzi z Glen Ord, proces maturacji zajął 38 lat. Jest to najstarsza whisky jaką kiedykolwiek próbowałem. W procesie maturacji przez 12 lat użyto beczek po burbonie, a następnie produkt był przelewany do innych beczek: Pedro Ximenez, Oloroso, ponownie burbon i wspomina się również o świeżym dębie. Alkoholu jest tu pod dostatkiem: 49,6%.
Aromat całkowicie odmienny. Jest to wynikiem destylatu pochodzącego z innej destylarni, oraz niewątpliwie bardzo długiego procesu leżakowania. Zupełnie inne owoce. Mamy tu mango, granat. Wosk pszczeli z miodem gryczanym. Są też aromaty kwaśnego surowego jabłka, gruszki i … kapusty kiszonej. O dziwo trochę starego przeterminowanego lekarstwa. Pieczony banan, pieczone jabłko. Strych i skórzana walizka. Złożoność aromatów jest zaskakująca. Po każdym zanurzeniu nosa w kieliszku mogę wyczuć coś nowego. Natomiast sam alkohol całkowicie ukryty.
Smak zaskakuje. Jest oleisty, woskowy. Pierwsze co poczułem to … natka pietruszki i koper włoski. Owoce z puszki zalane gorzką czekoladą. Orzech laskowy, migdały z miodem. Jest tu więcej winnej wytrawności niż słodyczy. Niewielka przyprawowość pod postacią imbiru. Alkohol niewyczuwalny. Finisz długi i wytrawny. Przypomina smak owocowej herbaty oraz wytrawnego czerwonego wina.
Bez dwóch zdań jest to pozycja degustacyjna. Daje dużo frajdy, odkrywa co chwila nowe aromaty i nowe smaki. Whisky zabiera nas w ciekawą, długą i zaskakującą podróż, a finisz nie pozwala o niej zapomnieć.

Najciekawszą pozycją z dzisiejszej degustacji była oczywiście wersja najstarsza. Deklasuje ona swoje konkurentki smakiem, aromatem, złożonością i … ceną. Dodatkowo pochodzi z innej destylarni. Dlatego w krótkim podsumowaniu skupię się na pierwszych czterech opisywanych pozycjach.
W przypadku wszystkich czterech ciekawe jest to, że utrzymany jest profil produktu. 15y różni się od innych, ale nadal jest to “The Singleton of Dufftown”.
Kolejną ciekawostką, a raczej zaskoczeniem dla mnie było to, że w przypadku wersji 12-18 stosunkowo mała różnica wieku dawała odczuwalne różnice w aromacie i smaku. Być może, oprócz okresu maturacji, różnią się one ilością beczek danego typu użytych w kupażu finalnego produktu.
Plusem wszystkich degustowanych jest ich łagodny smak, który sprawdzi się przy wielu okazjach. Będzie przyjemny dla wielu osób. Minusem natomiast jest to, że whisky ta nie zaskakuje. Nie zapada niczym szczególnym w pamięć. Z opisywanych dziś butelek, najchętniej sięgnąłbym po wersję 15y. Jest ona najbardziej wytrawna, dużo w niej nut sherry. Przez co jest odmienna i ciekawsza od pozostałych. To właśnie zapamiętam: jak kupować Singleton’a to 15y.

Autor: Olo

Benriach Food Pairing Event – Niezapomniane doświadczenia w Forgotten Fields Farm

Z marką Benriach mieliśmy już do czynienia przy okazji degustacji wersji 12 YO Peated. Wspomniałem też o ciekawych edycjach jakie próbowałem podczas ostatniego WLW. Tym razem jednak miałem okazję zanurzyć się głębiej w temat dzięki wspaniałemu eventowi, jakiego stałem się częścią, a o którym dziś opowiem. Przy okazji spróbujemy najciekawszej moim zdaniem edycji tego wieczora i zapowiem cykl recenzji jakie wkrótce pojawią. Do dzieła.

Niedawno zostałem zaproszony na spotkanie degustacyjne organizowane przez ambasadora Brown Forman – Adam Frankowskiego, którego motywem przewodnim był food pairing. Czyli połączenie kwintesencji whisky ze smakami potraw, które w jakiś sposób do niej mają nawiązywać lub je wzbogacać. A że doskonała whisky wymaga także nietuzinkowego podejścia do jedzenia, na naszego kulinarnego przewodnika wybrano Wojciecha Modesta Amaro, a miejscem spotkania okazała się Forgotten Field Farm, jak sam mi mówił spełnienie marzeń.
Zupełnie mnie to nie dziwi.

Spotkanie było kameralne zaledwie garstka wyselekcjonowanych osób reprezentujących różne branże, ale które łączy wspólne zamiłowanie do jakości. Ze sceny whisky mogłem wreszcie spotkać się z Elą z Whiskyella, Piotrem z Whisky my Life, Mariuszem z Jak pić whisky. A oprócz nas był też Jacek Z mężczyzna po 40stce czy Albert z 4Getleman.pl.

 

Wszystkiemu przewodził Adam Frankowski, który na wejściu powitał mnie whisky sour na Benriach 12.

Powinienem opowiedzieć wam o wszystkich wspaniałościach tego wieczoru. Powinienem wspomnieć o każdym aspekcie kulinarnych specjałów jakie konsumowaliśmy i nad którymi się rozwodziliśmy w ten piękny wieczór. O pierożkach z liści z żelem świerkowym, o śledziu serwowanym na daktylach, kawiorze, świeżych bułeczkach, grilowanym węgorzu. O tak delikatnej kaczce, że do dziś jeszcze nie mogę się nadziwić i wreszcie deseru z bakłażana i czekoladowych pralin. Powinienem ale … nie potrafię. Serio. Robiłem notatki, słuchałem z zapartym tchem i tego się nie da opisać w kilku słowach.

Szef Amaro okazał się nie dość że człowiekiem wielkich umiejętności, to po prostu bardzo sympatycznym gościem pełnym pasji i co najbardziej mnie zdziwiło pokory. Pojawiał się po cichu, wprowadzał w świat serwowanego dania i znikał nie czekając na oklaski. Dopiero po wszystkim zagajał rozmowy, opowiadał o celach jakie mu przyświecały przy każdym daniu, a także o Forgotten Fileds Farm. Tu lecę z prywatą. Znając szefa Amaro, jako osobę z telewizji i co by nie mówić celebrytę, nie spodziewałem się, że spotkam kogoś tak miłego i ciepłego.

A teraz do whisky.
Tego wieczoru mieliśmy okazje próbować czterech ekspresji Benriacha.

Benriach Malting Season – 7-8 lat. Co ciekawe jest to pierwsza whisky wyprodukowana ze słodu słodowanego w całości w destylarni. Whisky wydawała się gładka, prosta, ale z pazurem. Do produkcji użyto 23 beczek zarówno ex bourbon, jak i virgin oak. Moc 48.7 %. W finiszu poza ostrawymi nutami młodego alkoholu wyszło sporo dębiny i płatków kukurydzianych.

Benriach 12 YO Peated – już recenzowana. Świetna alternatywa dla whisky Islay. Ładnie łączy kwiatowość i delikatność destylatu Speysie z dymnymi bardziej leśnymi aspektami torfu.

Benriach 11 YO Single Cask 2009 Peated z beczek po Maderze. Która zabutelkowana została z mocą 60,6%, a w skład serii weszło zaledwie 318 butelek.

Benriach 21 YO – bardzo ciekawa whisky, do produkcji której użyto czterech rodzajów beczek – bourbon, virgin, sherry i po czerwonym winie. Została zabutelkowana z mocą 46%, a starając się ją opisać mogę wspomnieć, że była to po prostu eksplozja smaków. Świetnie komponowała się z całością i podkreślała deser, a deser znowu wspomagał ją.

Co do whisky zdania były podzielone. Z tego, co pamietam Piotr wybrał właśnie 21, która faktycznie bardzo mi smakowała, jednak ja zapamiętam ten wieczór jako wieczór single caska. Jej intensywność przekazu mną pozamiatała i bardzo intensywnie zastanawiam się nad zakupem.

Na koniec małe podsumowanie. Jeśli chodzi o food pairing zazwyczaj kojarzymy go z połączeniem np. alkoholu i wyrazistych konkretnych smaków. Często znajdziemy więc czekoladę, mięso i sery pleśniowe. Zdziwiło mnie, że podczas tego spotkania poszliśmy w zupełnie innym kierunku. Choć każdy z elementów składowych stanowił ciekawą kompozycje i moglibyśmy się nad nimi rozwodzić długo, to widać było element wspólny. To był przemyślany zabieg. Ktoś naprawdę włożył dużo pracy, abyśmy mogli cieszyć się tą ucztą i naprawdę jestem za to wdzięczny.
Dlatego dziękuję zarówno Adamowi Frankowskiemu za zaproszenie i Wojciechowy Modestowi Amaro za genialne menu i oprawę. Będzie to wieczór który zapamiętam na długo i nie ukrywam, że bardzo motywujący do działania.

Benriach w trzech wymiarach – Benriach 10 YO, Benriach Smoky Ten, Benriach 12

Autor: Adam Kucharuk

Degustacja Diageo Special Releases 2021

Diageo Special Releases 2021

Diageo Special Releases – specjalny coroczny wypust whisky niespotykanych, nie tuzinkowych i nie do kupienia w inny kanale dystrybucji. Seria miała swoją premierę w 2001 roku i od tego czasu trwa nieprzerwanie. Jest ona niejako rozwinięciem pomysłu “The Classic Malts of Scotland”, oraz spadkobiercą serii “Rare Malts” zakończonej w 2005. Tegoroczny tytuł nosi nazwę „Legends Untold”. Wszystkie whisky wchodzące w skład kolekcji są w mocy beczki, bez filtracji na zimno i bez sztucznych barwników.

1. Cardhu 14yo
55,5% vol., beczki refill z amerykańskiego dębu, finisz w beczkach po czerwonym winie (brak informacji o jakim winie jest mowa).
Aromat wyjątkowo kwiatowy, mnóstwo suszonych płatków róży, jaśminu. Czuć czerwone wino, powiedziałbym, że czerwone wytrawne, ale z uwagi na wszechobecną słodycz, mogą to być również aromaty wina półsłodkiego. Jest bardzo owocowa. Czuję białą morwę, poziomkę.
W ustach whisky jest wyjątkowo lepka i oczywiście owocowa. Garść rozpuszczonych gumisiów, żelek owocowych, a nawet landrynki.
Znikająca whisky pozostawia po sobie smaki soku malinowego, powideł z pączka.
Whisky zaskakuje. Nie pasuje do żadnego z znanych mi podstawowych wypustów 12-18y. Aromaty winne przyjemnie wyczuwalne. Jest to pierwsze Cardhu, które od początku do końca mi smakuje.

2. Mortlach 13yo
55,9% vol., whisky z beczek ze świeżego dębu i refill American oak.
Zapach zaskakuje. Zabiera na do lasu, jest mokra leśna ziemia, mokry mech, wilgotne liście. Pojawia się żywica drzew iglastych oraz świeże drewno.
Język w pierwszym odczuciu nie do końca przyjemny, jest pikantnie i brak dodatkowych czynników. Potem przebija się drewno, wanilia, ciemne owoce leśne i trochę ziemistości.
Whisky pozostawia po sobie smaki dębiny nie do końca dojrzałych jeżyn i jagód.
Zapach bardzo przyjemny i obiecujący, ale smak „nie dowozi”. Jest ciekawy, ale chciałoby się poczuć więcej “lasu”.

3. Singleton of Glendullan 19yo
54,6% vol., whisky z beczek refill z amerykańskiego dębu, finisz w beczkach po koniaku.
Ciężko było mi się przebić, tak jakby whisky nie chciała się podzielić. Potem pojawiają się słodkie nuty dębowe, mocno dojrzałe owoce, trawa cytrynowa, trochę skórki grejpfruta.
W ustach przemawia już do mnie pełniej i bardzo wyraziście. Daje dużo więcej słodyczy i więcej owoców niż obiecywała. Jest czekolada z malinowym nadzieniem, rodzynki. Smak jest gęsty i przyjemny, jednak wpływu koniaku tutaj nie czuję. Ewentualnie już tak dawno koniaku nie piłem, że nie pamiętam jak smakuje.
Na “odchodne” mamy konfitury malinowe, z odrobiną cytryny.
Odwrotnie niż przy poprzedniej pozycji. Tutaj smak daje dużo więcej niż przyjemny aromat.

4. Oban 12yo
56,2% vol., świeżo wypalane beczki z amerykańskiego dębu.
Jaki przyjemny aromat. Nie spodziewałem się czegoś takiego, znając podstawową wersję i GoT. Wosku pszczelego nie da się tu pominąć. Razem z nim pojawia się oczywiście miód, ale nie bardzo słodki. Pieczone jabłko, trochę orzecha włoskiego. Po pierwszym łyku doszedł aromat słodu jęczmiennego, skórki chleba.
W smaku jest oleista, słodka, waniliowa. Jest karmel i toffi. Słodycz pieczonego jabłka. Czuć również drewno z beczki.
Finisz delikatnie waniliowy z posmakiem dębiny.

5. Royal Lochnagar 16yo
57,5 vol., beczki refill z amerykańskiego i europejskiego dębu.
W odróżnieniu od poprzednika, pomimo podobnych beczek w procesie maturacji tu pojawia się dużo akcentów cytrusowych. Skórka grejpfruta i pomarańczy, Częścią wspólną z poprzedniczką jest zapach skórki chleba oraz słodu jęczmiennego. W przeciwieństwie natomiast pojawiają się ugotowane na sałatkę warzywa.
Smak jest przyjemny, łagodniejszy i bardziej słodki od Oban. Słodycz raczej owocowa, kremowa. Bita śmietana na gofrze, z dodatkiem owoców z puszki i polewą waniliową.
Finisz przyjemnie słodki z nutami dębiny.

6. Talisker 8yo
59,7% vol., mocno torfowa whisky z beczek refill.
Aromat typowy dla Taliskera. Ciężko go pomylić z czymś innym. Bardzo bogaty i wielowątkowy. Dużo skojarzeń z morskimi klimatami. Wodorosty, morska jodowana bryza, solanka. Węgiel drzewny, suszący się tytoń. Dym z wędzarni. Pod tymi ciężkimi aromatami kryje się wanilia, karmel, oraz coś owocowego kwaśnego. Kwaśne jabłko, może niedojrzały agrest.
Na języku mocno przypalona skórka pieczonego w ognisku ziemniaka. Sam ziemniaczek również w mocno wypieczonej wersji posypany solą. Pojawia się też czekoladowa słodycz. Jest to whisky z pazurem, charakterna.
Smak zanika powoli pozostawiając poczucie słodkiej dębiny i popiołu.

7. Lagavulin 12yo
56,5% vol., beczki refill z amerykańskiego dębu.
Przyjemny zapach dymnej Lagavulin. Jest słodki, kojarzy się z przydomową wędzarnią. Skórzane siodło, stara skórzana walizka na zakurzonym strychu. Są też aromaty słodkie, które porównałbym do pieczonych jabłek, pieczony banan z rozpuszczoną czekoladą.
Smak spełnia obietnice aromatów. Jest słodko i dymnie. Jak pieczone w ognisku jabłko, trochę przypalone i trochę obtoczone popiołem. Gorzka czekolada z dodatkiem chili. Whisky jest łagodna pomimo swojej wysokiej mocy.
Finisz jest przyjemny. Pozostawia smak gorzkiej czekolady i torfowego dymu.

8. Lagavulin 26yo
44,2% vol., beczki first fill po sherry oloroso i Pedro Ximenez.
Aromaty dymne tym razem na drugim miejscu. Na czoło wychodzą słodko-wytrawne zapachy winne. Trochę cierpkie jak suszone truskawki, trochę słodkie jak rodzynki.Przypominają mocną esencję z owocowej herbaty. Przyjemny gęsty dym Lagavulin jest pod spodem. Są tam wyczuwalne wcześniej zapachy skóry. Dochodzi nieco aromatów żywicznych, sosnowych.
Smak zaskakuje, jest gładki, aksamitny i bardzo wytrawny. Herbaciane i torfowe nuty szybko przyczepiają się do języka i nie chcą odpuścić. Właśnie te torfowe smaki są tutaj pod różną postacią. Wyraźnie czuć kompot z suszu. Jest dużo dębiny oraz gorzkiej czekolady.Pojawia się pieczony kasztan, czy też prażone migdały.
Finisz jest oczywiście torfowy, dymny, ale bardzo przypomina smak wytrawnego czerwonego wina. Jest długi i przyjemnie trwa.

Była to dla mnie nie oczekiwana i bardzo interesująca degustacja. Faworytem jest oczywiście 26-cio letni Lagavulin. Zaskakuje złożonością, delikatnością, wytrawnością. Jest poza konkurencją pozostałych butelek. Cieszę się, że mogłem spróbować takiej pozycji.
Seria DSR jest niewątpliwie przyjemną przygodą. Jedne whisky smakują bardziej inne mniej, ale atutem ich wszystkich jest pewne zaskoczenie. Najbardziej zaskoczyła mnie Cardhu ponieważ była to pierwsza Cardhu, która mi w pełni smakowała. A najmniej mój ulubiony Talisker, który była najmniej “Special”. Był bardzo “taliskerowaty”, pokazał swój pazur, ale nie zaskoczył, nie opowiedział mi nowej historii.

Autor: Olo

10 Mitów ze świata whisky – czyli jak nie wyjść na snoba, wielkiego znawcę lub ignoranta

10 mitów na temat whisky

W świecie whisky panuje wiele mitów, które w pewnym momencie zakradły się do świadomości konsumentów i już tam zostały. Nie jest łatwo je wyplenić, ale warto nad tym pracować. Na kanale mieliśmy już odcinek o najważniejszych rzeczach, które powinien wiedzieć każdy whisky fan, ale było to dawno i może warto przypomnieć kilka z nich. A korzystając ze świątecznego klimatu, postanowiłem wziąć się za walkę z ignorancją, aby wkroczyć w nowy rok pełni świadomym. Pamiętajmy, że jest różnica między piciem, a świadomą degustacją. To drugie w dużej mierze opiera się właśnie na wiedzy. No to do roboty.

1. Whisky to wóda robiona na myszach
Jasne że nie. Wódka to alkohol który został wydestylowany tak, aby zostało jak najmniej smaków i aromatów z produktu i poddawany rozcieńczeniu. Natomiast whisky, to w skrócie destylat z piwa, czyli z fermentowanego zacieru zbożowego, który właśnie ma zachować dużo więcej z samego źródła a do tego starzony w dębowej beczce minimum 3 lata.

2. Whiskey i whisky, to co innego.
Ogólnie rzecz biorąc to dokładnie to samo. Pisownia wynika z tradycji i kultury. O whiskey mówimy zazwyczaj w kontekście whisky produkowanej w Irlandii czy Stanach jednak wymawiamy obie nazwy tak samo i odnoszą się one do tego samo produktu, czyli starzonego w dębie destylatu zbożowego.

3. Whisky jest słodka.
Tak naprawdę nie jest bo być nie może. W procesie fermentacji cały cukier zawarty w surowcu powinien być zjedzony przez drożdże i następnie produkt fermentacji jest destylowany. Nie ma więc miejsca na cukier na koniec. Jednak sam destylat, a także wpływ beczki często uwydatniają aromaty, które kojarzymy z czymś słodkim jak czekolada, owoce, marcepan, wanilia. Wystarczy jednak zatkać nos i okaże się że słodkie to nie jest.

4.Single malt produkowany jest tylko w Szkocji.
To częsty mit. Whisky single malt to whisky, która poza spełnieniem wszelkich wymagań jakie mamy od whisky, wyprodukowana została w obrębie jednej destylarni, a do produkcji użyto tylko słodowanego jęczmienia. Czasem trafiają się tłumaczenia jedno słodowa. To także błąd. Są whisky do których użyto różnych słodów jak Glenmorangie Signet i nadal jest to single malt. Single odnosi się do jednej destylarni nawet jeśli jest to kupaż kilku destylatów z tej destylarni. Nie chodzi tu więc o nastaw.
Jednak jeśli destylarnia spełnia powyższe wymagania to może produkować whisky single malt wszędzie. Mamy malty Irlandzkie, Szwedzkie, Indyjskie, czy Japońskie.

5.Whisky single malt jest lepsza od whisky blended.
…Lub blendy są gorsze od singli. Myślę że to wynika trochę z obecnej mody, bo dawniej to właśnie blendy królowały na salonach. Były smaczniejsze, pełniejsze odpowiadały większej ilości osób, bo w tym celu zostały stworzone. Blended whisky to kupaż kilku whisky w których skład wchodzą whisky zbożowe i whisky słodowe. Single malt są często bardziej wyraziste, konkretne dlatego doceniamy ich powiedzmy szczerość, jednak jeśli chodzi o określenie wyższości jednych nad drugimi to wszystko sprowadza się do gustu. Dobra whisky to ta która smakuje.

6.Whisky dojrzewa w butelkach.
Nie whisky dojrzewa jedynie w drewnianych beczkach. Gdy już trafi do butelek nie ulega starzeniu. Więc jeśli macie 10 letnią whisky kupioną w latach 90 to nadal ma ona 10 lat. Są zdania wśród ekspertów że się układa. Tzn jeśli np. była rozcieńczana wodą, to w butelce lepiej się z nią połączy niż gdybyśmy do tej samej whisky z mocą beczki dodali wody w kieliszku, jednak nie ma to znaczenia jeśli chodzi o jej oficjalny wiek.

7.Im starsza tym lepsza.
To także popularny mit. Największy wpływ na whisky ma beczka której użyto do maturacji alkoholu. Dlatego mimo że możemy kupić czasem tanie whisky 30 letnie to do ich produkcji często używa się starych beczek wielokrotnego napełnienia. Whisky te nigdy nie będą tak intensywne i pełne w smaku jak whisky młodsze ale z lepszej, nowszej, bardziej aktywnej beczki. Reasumując nie wiek a beczka mają znaczenie.

8.Chivas Regal to whisky amerykańska.
Nic bardziej mylnego. Chivas Regal, to whisky która swoje korzenie ma w ziemi szkockiej. Bracia Chivas byli pionierami blendingu czyli kupażowania. Chodziło o to, aby stworzyć whisky która smakuje, która dzięki odpowiedniej kompozycji uwydatni to co dobre i przykryje to co nie ciekawe. Obecnie firma należy do koncernu Pernod Ricard.

9. Whisky pijemy tylko na czysto.
Właściwie możemy ten mit podać także jako pijemy tylko z lodem, albo z colą albo w wysokiej czy niskiej szklance. Należy powiedzieć jeszcze raz i będę to wałkował dopóki prowadzę ten kanał. Whisky pijemy tak, jak nam smakuje. Whisky ma sprawiać przyjemność. Jeśli jest to twoja butelka możesz z nią zrobić co chcesz. Jeśli lubisz z dżemem to super. Co innego jeśli chodzi o wydobycie najwięcej z samej whisky. Zaleca się wtedy degustowanie w odpowiednim szkle które sprawi , że lepiej zgromadzimy jej armaty, nie dodajemy wtedy lodu aby nie zagłuszyć smaku i nie dodajemy innych płynów, aby nie zaburzyć oryginalnego smaku. Woda w małych ilościach jest akceptowalna w celu tzw. Otwarcia whisky, szczególnie, gdy ma ona więcej niż standardowe 40%.

10. Whisky to alkohol dla mężczyzn. Jedna z największych bzdur niestety lansowana przez pop kulturę, filmy, reklamy. Widzimy dobrze ubranego, przystojniaka koło 40stki, najczęściej z cygarem. Jednak jak się wczytamy w literaturę branży to po pierwsze znajdziemy tam wiele wspaniałych historii kobiecego wpływu na whisky.

Np. Bessie Wiliamson choć zaczynała jako sekretarka w destylarni Laphroaig to szybko awansowała i przez wiele lat stała na czele destylarni. Miała duży wpływ na to jak postrzegamy obecnie whisky single malt, bo dzięki niej takie edycje zaczęły się pojawiać w czasach, kiedy główny nacisk szedł na produkcję blendów.

Helen Cummings znamy jako specjalistkę od walki z podatkami z destylarni Cardhu. Wypatrywała poborców podatkowych i ostrzegała innych o ich obecności wywieszając specjalną flagę. Choć destylarnia należała do jej męża, to ona de facto nią zarządzała i jej zawdzięczamy wiele sukcesów.

Margie Samules która jest uznawana za matkę marki. Ona wpadała na pomysł – Znaku twórcy – . Była podobno kolekcjonerką naczyń cynowych które zdobione były właśnie znakiem twórcy. Ona też wymyśliła butelkę.

A do tego obecnie jest to bardzo popularny trunek wśród kobiet i znajdziemy wiele ekspertek w tej dziedzinie. To taki powszechnie panujący seksizm który warto obalać.

Maker’s Mark 45% Bourbon – Młode polskie rzemiosło – Czy whisky premium, może być kraftowa?

Jedną z butelek, jakie najbardziej chcieliście zobaczyć na kanale i o którą prosiliście jest bourbon – Maker’s Mark. Niby go znamy, niby lubimy, ale ze względu na ogólną dostępność mam wrażenie, że często zapominamy o jego rzemieślniczych korzeniach. Pomysłodawcy akcji „Młode polskie rzemiosło” postanowili to zmienić. Tu pojawił się pomysł, na ukazanie wspólnych wartości marki Maker’s Mark i kilku zdolnych, ciekawych ludzi pasji.

W tym filmie zdegustujemy bourbon Maker’s Mark, a także opowiem Wam czym są ciekawostki, jakie do mnie dotarły i gdzie możecie znaleźć o nich więcej informacji. Moim zdaniem … WARTO. Szczególnie, że w ostatnich latach miałem wrażenie, że ta wszechobecna „kraftowość” zabija ducha prawdziwego rzemiosła. Bardzo się cieszę, że informacje o jego śmierci były przedwczesne co zdecydowanie widać po perełkach jakie dostałem przy okazji akcji.

Mo61 Perfume Lab,
Pierwsze polskie laboratorium perfumerskie założone przez Michała Jegera i Monikę Zagajsą. Celem przedsięwzięcia było szycie perfum na miarę. Firma oferuje spersonalizowane podejście do osoby i pomoc w wyrażeniu siebie poprzez zapach. Skoro robimy to za pomocą ubrania, makijarzu butów, zegarków, to czemu nie przez zapach.

W zestawie znajduje się flakon perfum inspirowany właśnie Maker’s Mark.

Kuźnia Barona,
Miejsce stworzone z miłości do metalu. Założył je Konrad Baron, który ponownie w sposób spersonalizowany podchodzi do każdego zamówienia. Nie chodzi o produkcję masową, ale indywidualne podejście. Każdy właściciel ma mieć niepowtarzalny produkt. Tutaj chyba świetnie sprawdzi się do otwierania tej butelki.

Kaletnictwo Vanilla Custom Leather,
Znacie te historie, jak potrzebujecie czegoś i nigdzie tego nie ma. Nagle znajdujecie niszę i wsiąkacie. Pasje zmienia się w biznes i idą ze sobą w parze. Brzmi jak amerykański film? Trochę tak jest. Szczególnie, że ma amerykańskie korzenie. Założycielem marki jest Michał Tysarczyk, który jak sam mówi lata temu poszukiwał spersonalizowanych akcesoriów do swojego Harleya. Znalazł je w stanach ale koszty przekraczały granice rozsądku. Po miesiącach nauki, masach tutoriali i licznych błędach powstał pierwszy produkt. A potem kolega chciał podobny, a kolega miał kolegę i poszło. Obecnie pracowania zajmuje się produkcją różnych akcesoriów, ale każde jest niepowtarzalne.

Manufaktura MUAS,
Twórcą tego kubka jest manufaktura ceramiczna Muas założona przez Kati Romanowską i Łukasza zwanego Czarnym. Każdy z nich różni się nieco od siebie, dzięki czemu ponownie otrzymujemy produkt niepowtarzalny. Ma to nawiązywać do każdej butelki Maker’s Mark. Kati choć z wykształcenia jest architektem po pierwszych doświadczeniach z ceramiką połknęła bakcyla i reszta jest historią. A dzieła tej pasji możecie właśnie podziwiać.

Benriach w trzech wymiarach – Benriach 10 YO, Benriach Smoky Ten, Benriach 12

Historia destylarni Benriach jest stosunkowo prosta. Rozpoczyna się w 1897 roku. Jej twórcą jest John Duff. Ma on doświadczenie w branży gorzelniczej, ponieważ jest założycielem Glenlossie (1876) oraz Longmorn (1893).
Zaledwie 3 lata po otwarciu (w 1900 roku) gorzelnia została zamknięta. Nie destyluje już alkoholu, ale produkuje słód jęczmienny głównie na potrzeby Longmorn’a. Taka sytuacja trwa przez 65 lat.

W 1965 pod skrzydłami The Glenlivet Distillers wznowiono produkcję. Kolejnym właścicielem staje się Seagrams. Modernizuje on zakład, oraz próbuje z powodzeniem produkcji whisky dymnej. W 1994 roku po raz pierwszy pojawia się na rynku wersja 10y.
Wartym zauważenie jest rok 1998, kiedy to została zlikwidowana słodownia, oraz rok 2002 kiedy zostaje wstrzymana produkcja.
W 2004 roku gorzelnie wykupuje Billy Walker (Intra Trading). Ciekawostką jest to, że nowy właściciel wykorzystuje fakt posiadania staromodnej, ale nie zniszczonej podłogi do słodowania. W 2013 uruchomiona zostaje lokalna słodowania.

Dziś przyjemny (takim się wydaje) zestaw trzech produktów destylarni Benriach.

Benriach The Original Ten. Dziesięcioletnia maturacja w trzech różnych rodzajach beczek: po burbonie, po sherry oraz zrobionych z świeżego dębu. Do produkcji użyto słodu bez udziału torfu. Moc alkoholu, który trafił do butelki to 43%, nie ma sztucznych barwników. Na temat filtracji, na butelce, ani na stronie producenta informacji nie znalazłem.

Benriach The Smoky Ten. Również dziesięcioletnia maturacja, również w trzech różnych rodzajach beczek. Tym razem mamy do czynienia z drewnem gdzie wcześniej leżakował burbon oraz jamajski rum. Trzecia beczka to świeżo opalany dąb. Do produkcji użyto słodu zadymionego jak i “czystego”. Whisky o mocy nieco większej bo 46%, niebarwiona. O filtracji podobnie jak wyżej informacji nie znalazłem.

Benriach The Twelve. Dłuższa, 12-to letnia maturacja, podobnie jak u poprzedniczek odbyła się w trzech różnych rodzajach beczek. Wcześniej leżakował w nich: burbon, sherry, porto. Whisky nie torfowa, o mocy 46%, niebarwiona. Na temat filtracji, na butelce, ani na stronie producenta informacji nie znalazłem.

Przekrój wydaje się ciekawy z uwagi na zróżnicowane w beczkach, oraz w zadymieniu jednej z degustowanych.

10 YO: Od pierwszego zanurzenia nosa w kieliszku czuć owoce z sadu w postaci jabłek i gruszek. Jest też dużo miodu. Coś podobnego do lukru z pączka wraz z skórką pomarańczy. Potem jest trochę wytrawności, jest biszkopt, taki do tortu.. Zapach rześki, świeży i obiecujący
W ustach przyjemna grzanka z dżemem brzoskwiniowym. Oczywiście wanilia tym razem w towarzystwie pieczonego jabłka. Na końcu pojawia się delikatna pikantność pieprzu.

Finisz niestety krotki, ale przyjemny. Waniliowy z dodatkiem dębiny.
Przyjemna, słodko-owocowa whisky. Nie jest nachalna, nie jest agresywna. Nie jest to daily dram sam w sobie. Jest to whisky “do czegoś”. Do oglądania serialu i spokojnego sączenia, do czytania, do majsterkowania. Dobrze nada się na spotkanie towarzyskie, w luźnej atmosferze. Jest to też pozycja dla osób, które chcą przekroczyć próg tanich whisky mieszanych i sięgnąć po coś ciekawszego.

12 YO: Słodko i owocowo, ale tym razem mamy owoce bardziej leśne. Dojrzałe jagody i maliny. Beczki po porto dają o sobie znać i pojawia się wygrzane na słońcu białe winogrono, świeże rodzynki. Poczuć można czekoladę z bakaliami oraz syrop klonowy. Z przyjemnością znalazłem też plaster wosku pszczelego razem z miodem.
Smak jest jedwabisty, gładki, gęsty. Słodycz jest w postaci marcepanu. Są obiecane w zapachu rodzynki i orzechy laskowe. Karmel, a raczej mleczna krówka (taka sucha, nie ciągnąca się). Można znaleźć porównanie do czekolady z jagodami i żurawiną. Pikanterii dodaje szczypta chili.

Finisz niestety nie trwa wiecznie, ale wystarczająco długo. Jest przyjemny słodki jak po czekoladzie żurawiną i orzechami.
Bardzo przyjemny daily dram, ale taki sam w sobie. Usiąść, skosztować i nie zawracać sobie głowy innymi bodźcami. Jest to przyjemna pozycja dla tych średnio zaawansowanych. Można tu doszukać się wielu aromatów i smaków. Uważam, że spokojnie może stanąć do degustacji np whisky 12-to letnich. Jest to też duży krok dalej dla osób, które chcą zgłębić temat whisky. Jeżeli na spotkaniu podaliście poprzednią 10y i ktoś się zainteresował to polejcie mu 12y – złapie haczyk i wsiąknie 🙂

10 YO Smoky: Dym oczywiście jest, ale to jest zapach dymu na bazie świeżego drewna owocowego. Jest słodki, czuć wypalaną żywicę. Są owoce jak w standardowej 10y. Są też ciemne owoce leśne: jagody i jeżyny. Czuję się trochę tak, jakbym stał jesienią w sadzie, gdzie z jednej strony mam zebrane owoce w skrzynkach, a z drugiej ognisko gdzie palone są obcięte zbędne gałęzie (proces przycinania odbywa się chyba na wiosnę, ale zapach kojarzy mi się z jesienią). Pieczone jabłko i karmelizowana słodycz z blachy gdzie się piekło. Plastry owoców z rusztu, lub suszących się nad kominkiem.

W smaku obietnice zapachowe są utrzymane. Jest słodko, jest owocowo i jest przyjemny gorzki popiół. Jakby pieczone jabłko wpadło nam do ogniska. Jeżeli ktoś jadł lody waniliowe, z polewą toffi na których płonie kostka cukru to tu odnajdzie ten smak.
Na finiszu pojawia się nuta goryczy, takiej cynamonowej i właśnie się zorientowałem, że tutaj nie było pikanterii. Albo też przykryła ją ta przyjemna słodka dymność.

To jest whisky, która bardzo łagodnie wprowadzi nowych graczy do świata dymnych aromatów i smaków. Jest grzeczna, jest ułożona. Słodkim dymem przykrywa niedoskonałości standardowej 10y. Jednocześnie daje wiele do zaoferowania. Czy sprawdzi się na imprezie? Nie. Chyba, że jest to dedykowana impreza dla osób, które chcą poznać torfowe klimaty.

Autor: Olo

Smarduch Family Distillery – Polskie Specjały – Awiator Gin, Ogórek Zielony, Żytnia Malinowa

Gdy ostatnio pytałem was o alkohol, jakiego pojawienie się planujecie na Wigilijnym stole, większość oznajmiła, że nie będzie to raczej whisky. Dlatego postanowiłem tuż przed Świętami zgłosić moją propozycję. Może jeszcze znajdzie się miejsce dla jednej, czy dwóch butelek 🙂

Dlatego
dziś długo wyczekiwane specjały z destylarni Smarduch Family Distillery, czyli:
Wódka Żytnia Ogórek Zielony 41%
Wódka Żytnia Malinowa 41%
Awiator Gin 40%
a także Nalewka Szarlotka.

Nalewki Kresowe – https://nalewkikresowe.pl/
Alkohole Rzemieślnicze – https://alkohole-rzemieslnicze.pl/

Seria Games of Throne – Clynelish Reserve (51,2%) – Recenzja whisky serialu Gra o Tron

Game of Thrones House Tyrell – Clynelish Reserve (51,2%)

Ród Tyrell obejmował swoim władaniem żyzną, płodną ziemię. Jest to pierwsze powiązanie z równie urodzajną glebą okolic miejscowości Brora. Drugie nawiązanie to róża, herb rodziny. Podobnie jak Clynelish piękna, a jednocześnie skrywa kolce.

Historia Clynelish nie jest taka prostolinijna jakby się mogło wydawać. Mamy bowiem do czynienia z dwoma destylarniami o takiej samej nazwie. Obydwie umiejscowione tuż obok siebie.
Historia pierwszej zaczyna się w 1819 roku. Zbudował ją książę Sutherland’ów, a produkowana tam whisky cieszyła się dużą popularnością. Żbik szkocki, który jest na etykietach standardowych butelek to pamiątka po herbie pierwszych właścicieli.


Skracając historię (bo to nie ten Clynelish, który dziś pijemy) zaznaczę tylko, że od 1912 DCL zaczyna przejmować udziały. Z biegiem kolejnych lat staje się jedynym właścicielem. Zakład pracuje z niewielkimi przerwami, aż do roku 1965.

W 1967 powstaje całkowicie nowa gorzelnia, trzy razy większy od dotychczasowej. Mieści się na działce obok i zostaje nazwany: Clynelish. Pojawia się przez to pewne niedomówienie. Na standardowym produkcie Clynelish 14y, widzimy datę 1819. Trzeba pamiętać, że jest to rok powstania marki, a nie obecnej destylarni gdzie jest on produkowany. Do tej pory zarówno w starej, jak i w nowej destylarni wytwarza się whisky o niewielkim zatorfieniu.

Problem pojawił się w momencie suszy jaka nawiedziła w 1968 roku wyspę Islay. W jej wyniku destylarnie koncernu Diageo nie były w stanie wyprodukować odpowiedniej ilości alkoholu, potrzebnego do słynnego Johnnie Walker’a. Postanowiono wówczas ponownie uruchomić (w 1969) pierwszą Clynelish. Początkowo nazywano ją “Clynelish B”, i produkowała ona whisky mocno zatorfioną. Z uwagi na problemy z praktycznie takimi samymi nazwami, ostatecznie została przemianowana na: Brora.
Dodatkowo dzięki takiej operacji Diageo w latach 1972-1974 mogło zamknąć i przebudować destylarnie Caol Ila.
Brora ostatecznie zakończyła produkcję w 1983 roku, natomiast jej magazyny są wykorzystywane do dziś.

Destylarnia jest udostępniona do zwiedzania. Zakład jest w stanie wyprodukować około 3 milionów litrów alkoholu rocznie. Większość tej produkcji trafia do whisky mieszanej – Johnnie Walker Gold Label. Alkohol charakteryzuje się specyficznym smakiem wosku pszczelego. Pojawia się on ponieważ podczas destylacji występuje refluks, czyli powrót ciężkich frakcji wydestylowanego alkoholu ponownie do alembika. Podstawową wersją nie licząc pojedynczych wypustów jest Clynelish 14-letnia. Na miejscu w magazynach leżakuje około 6000 beczek, pozostałe trafiają do magazynów centralnych Diageo.

Czas zacząć degustację. W butelce mamy whisky o mocy 51,2%, która leżakowała wyłącznie w beczkach po bourbonie, przez nieokreślony czas. Nie ma informacji o koloryzacji, ani o filtracji. Nalewam.

Wyczuwam dużo świeżych owoców. Zapach skrzynek z owocami na rynku. Są nuty kwiatowe, ale na chwilę obecną ulotne. Moc daje o sobie znać, to te kolce róży wspomniane na początku. Przy pierwszym łyku alkohol ścina język i dodaje pikanterii. Smak jest słodki, czekoladowy. W zapachu pojawia się teraz orzech laskowy, słodki miód. Wspomniany wosk pszczeli jest faktycznie wyczuwalny. W ustach mamy dużo karmelu, krówki ciągutki oraz miodu. Można wyczuć nuty solankowe i wodorostowe, ale są one ukryte. Kropla wody dodała na nosie nieco cytrusów, a w smaku zdecydowanie więcej słodyczy. Finisz przyjemnie rozgrzewający, słodki wraz z elementami morskimi.

Bez dwóch zdań jest to ciekawa whisky. Pojawiają się opinie, że najlepsza z całej serii GoT. Ja na pierwszym miejscu raczej bym jej nie postawił. Moc alkoholu mi przeszkadzała. Przyjemnie złagodniała po dodaniu kropli wody. Porównałem ją sobie na szybko z standardową wersją 14y. No cóż, wiek jednak robi różnicę. Moim zdaniem starsza siostra, jest przyjemniejsza i bogatsza w odbiorze.

Autor: Olo

Bibliografia:
“Whisky leksykon smakosza” David Wishart, wydanie czwarte poprawione
https://scotchwhisky.com/
https://www.whisky.com/whisky-database/distilleries.html
http://www.bestofwhisky.pl/wiedza/dest_all.php
https://sklep-domwhisky.pl/blog-pol.phtml