Jakiś czas temu trafiłem na wypowiedź, że whisky bloggerzy to ludzie, którzy między innymi chcą, aby wszystkie butelki wydawane były w sile beczki (Cask Strength – CS). No i nie mogłem się nie zgodzić. Jasne, że bym tak chciał. Po pierwsze dostajemy to, co bozia… eee tzn. beczka dała. Bez rozcieńczania, czyli naturalnie. Takiej whisky chcę i za taką jestem w stanie więcej zapłacić. Skoro nie rozcieńczana, to znaczy, że i mniej butli wyjdzie z jednej beczki, producent nie windując ceny pojedynczej flaszki niby traci, z drugiej strony – ile zyskuje w moich oczach! Dajmy na to, gdyby taki Glenffidich, Glenlivet, czy nawet popularny blend w stylu Grant’s były wydawane z oryginalnym ABV… Nie mówię, że wszystkie, ale choć mała część. Świetnie byłoby móc sprawdzić, co się tam działo, zanim dolano wody i dostaliśmy soczek.
Po drugie, przecież jeśli będę chciał rozcieńczyć, to sam to zrobię. Niektóre whisky (większość) degustuję z mocą beczki, a siła alkoholu dodaje pazura. Niektórych nie jestem w stanie. Choć bardzo cenię Springbanka 12 Y.O. CS, to moim zdaniem odrobina wody mu służy. Znowu A’Bunadh w życiu bym nie kastrował. Spotkałem się też z wieloma komentarzami, że niektóre podniebienia nie są stworzone do tak mocnych alkoholi. Alkohol o mocy 60 % upośledza kubeczki smakowe i percepcja smaku może być zaburzona. Sędziowie konkursowi, a także pewnie wielu smakoszy, master blenderzy itd, obniżają moc alkoholu do poziomu wina. Zależy im na niuansach smakowych i zapachowych, a tylko wtedy są w stanie faktycznie docenić je w kieliszku.

Osobiście jestem na etapie oceniania tego, co mam w butelce. Jeśli producent podaje whisky z mocą beczki to chwała mu za to i nie zamierzam oceniać trunku dopiero po rozcieńczeniu, bo wtedy oceniam zupełnie inny alkohol.
Po trzecie dostając w swoje ręce butelkę 40% whisky i jej odpowiednik w mocy 60% widzimy, że tej drugiej przy własnoręcznym rozcieńczeniu będzie po prostu więcej. Taki mały plusik, ale jednak jest :-).

Tak też sobie moja mała główka myślała, aż natrafiłem na artykuł Martine Neuet na Scotchwhisky.com pt. “Why I dislike cask strength whisky”. Kto mnie zna, wie, że choć jestem otwarty na wiedzę, to potrzebuję solidnych argumentów, aby zmienić poglądy. Pani Neuet jednak się to udało. No, przynajmniej w jakimś stopniu.

Nie będę przytaczał całego artykułu, jednak Francuzka zwróciła uwagę na jedną rzecz, o której do tej pory zupełnie nie myślałem. To, czy lubimy mocniejszą, czy słabszą whisky może być kwestią osobistych preferencji, z tym ciężko polemizować, jednak moja teoria dotycząca możliwości osobistego rozcieńczania whisky dostała po łbie.

Martine pisze, że choć rozumie argument, że mocną whisky zawsze można rozwodnić, to jej zdaniem produkt końcowy nigdy nie będzie konkurencyjny z tym, jaki oferuje nam producent. Powiedzmy, że mamy whisky z tej samej beczki. Część rozcieńczymy, a część zabutelkujemy z oryginalną mocą. Następnie po jakimś czasie, tą o większej mocy w domowym zaciszu zrównamy z pierwszą. Niby ten sam procent, a mamy dwie różne whisky. Pierwsza miała czas, aby stworzyć jeden, spójny produkt. Druga powstała chwilę temu. Jest chaotyczna, nieprzegryziona i choć się “otwiera”, to nie oferuje tego bogactwa, co jej konkurentka.

Przyznam, że nigdy o tym nie myślałem. Zgadzam, się też z autorką, że whisky powinna mieć moc min. 46%. Wtedy dostajemy produkt o dużo większej przystępności, skrojony na (nie tylko) moje podniebienie. Zazwyczaj nie jest też filtrowana i kolorowana (choć z tym różnie bywa). Dlatego mam duży szacunek do takich destylarni, jak Ardbeg, Glenfarclas, Springbank, Kilchoman i wiele innych, które nie schodzą poniżej tego progu.

Artykuł zawiera jeszcze kilka argumentów przemawiających na niekorzyść CS, ale nie będę już spojlerował. Jestem natomiast ciekaw Waszej opinii na ten temat?
To CS or not to CS? That is a question!!!

https://scotchwhisky.com/magazine/opinion-debate/the-way-i-see-it/12917/why-i-dislike-cask-strength-whisky/