Kilchoman – Szkocja/Islay

Kilchomana albo kochasz, albo nienawidzisz. Ja przez większość czasu należałem do tej drugiej grupy, ale z biegiem lat trend zaczął się zmieniać i obecnie jestem w fazie delikatnej fascynacji. Dlaczego? Z kilku powodów, które już śpieszę wyjaśnić.

Po pierwsze, gdy myślę o whisky, nie wrzucam jej jedynie pomiędzy kategorie smaczna i niesmaczna. Od pewnego czasu to, czy mi smakuje, czy nie, stało się mniej istotne. Jednych i drugich jest przecież bardzo wiele. Mnie bardziej interesuje, czy whisky jest “jakaś”, czy jest charakterna, czymś się wyróżnia. Kilchoman zdecydowanie spełnia te wymogi.

Po drugie – kocham Islay. Wiem, to dość mało oryginalne stwierdzenie w czasach, gdy każdy nagle uwielbia whisky torfowe. Nic na to nie poradzę. Whisky dymna do mnie przemawia, ale żeby nie było, nie w torfie siła. Zwykła uczta dla “peatheada” bywa nudna i powtarzalna. Ile razy można sięgać po Illeachy, czy Finlaggany, tylko po to, by zanurzyć się w fenolach. Tam musi być coś jeszcze, jakaś głębia, której odkrywanie zajmie mnie na dłuższy czas. To także znajdziemy w Kilchomanie.

No i do tego historia. Uwielbiamy dobre historie. Choć same “morskie opowieści” nie wystarczą, aby zaspokoić nasze pragnienie, to zdecydowanie mogą stanowić miły dodatek, a nasza dzisiejsza destylarnia je ma.

Kilchoman powstał w 2005 roku. Został założony przez Anthonego Willsa i był pierwszą od 124 lat nową destylarnią na wyspie Islay. Gorzelnia, jako jedna z niewielu, może spokojnie być nazywana kraftową. Ma własną słodownię, wykorzystuje lokalny jęczmień i wydaje limitowane edycje whisky single malt – 100% Islay. Pracują tam faktycznie pasjonaci i nie jest to kolejna masowa produkcja whisky pod późniejsze blendy.
Przy wykorzystywaniu jęczmienia ze słodowni Port Ellen mamy tu poziom 50 PPM, czyli dość wysoko. Kilchoman potrafi zakręcić w nosie, a jego (wciąż dość młode) wypusty dobrze łączą się z wykorzystywanymi beczkami, nie poddając się łatwo ich wpływowi.

Do podstawowych wypustów należą: Machir Bay, Sanaig, Loch Gorm i 100% Islay. Niedawno pojawił się też Am Burach, a do tego możemy znaleźć też wiele Single Casków, które w zależności od zamówienia mogą nieźle namieszać. Tutaj polecam zajrzeć na oficjalną stronę, gdyż tam znajdziemy wszystkie oficjalne butelki wydane w poszczególnych latach. Zresztą i tak warto na nią zerknąć, bo jest przykładem, z którego wielu innych powinno czerpać.
Whisky w Kilchomanie butelkowane są z mocą minimum 46% ABV, nie poddawane są filtracji, czy karmelowaniu. To whisky w pełnym tego słowa znaczeniu.

A teraz najważniejsze – degustacja. W zależności od wpustu odczucia są oczywiście różne. Machir Bay, czy Loch Gorm różnią się od siebie na przestrzeni lat. Wpływ na to ma na przykład złożoność związana z wiekiem leżakowania, a także ułożenie się destylatu.
Pierwsze doświadczenia z Kilchomanem miałem ponad sześć lat temu i nie były one satysfakcjonujące. Wydawał mi się za młody, zbyt agresywny i intensywny. Podczas wizyty w destylarni miałem okazję spróbować wielu wypustów, zauważyć różnice i wtedy uderzyło mnie, jak bardzo “jakaś” ta whisky jest. Tak, jak wspomniałem wyżej: są whisky dobre, są whisky złe. O większości zapomnimy następnego dnia. Kilchomana nie zapomnimy, choć wydaje mi się, że jego czas dopiero przed nami. Wydany w 2020 Loch Gorm jest świetny i zrobił na mnie duże wrażenie. To whisky dla osób degustujących, a nie pijących i z takim założeniem musimy do niej podejść. To nie deseróweczka, nie whisky dla początkujących, nie jabłuszkowy Speysider. To wyrazista, złożona, ziejąca ogniem whisky i za to cenię Kilchomana.

CDN 🙂