Podczas mojej pierwszej w życiu degustacji whisky, organizowanej przez chłopaków z Whisky My Wife, miałem okazję spróbować zabutelkowanej przez nich w destylarni i przywiezionej do Polski – Glen Garioch. Wiem, że nie mogła być tak dobra, jak ją wspominam, ale w tamtym momencie zachwyciłem się złożonym zapachem, głębią smaku, mocą palącą mi podniebienie i słodkim finishem. Była to jedna z cegiełek, na których zbudowałem moją pasję do whisky i gdyby nie takie ulotne chwile, pewnie byście nie czytali tego tekstu.

Do tej pory wspominam zażenowane miny degustatorów , gdy podczas kolejnego spotkania oświadczyłem, że “dobra była ta glengarioch”. Organizatorzy uśmiechnęli się tylko i szepnęli “glen giri”. Tak właśnie wymawia się tę nazwę.

Glen Garioch, to jedna z najstarszych, bo założona w 1797 roku destylarnia Szkocji. Jest także najbardziej położoną na wschód gorzelnią. Jej nazwa pochodzi od rejonu żyznej ziemi w północnowschodniej Szkocji. Początkowo była to whisky dymna, jednak ze względu na mały popyt, ówczesny właściciel DCL (dzisiejsze Diageo) postanowiło zamknąć produkcję. Destylarnię przejął Stanley P. Morrison, a obecnie jest własnością Morrison Bowmore Distillers, która to spółka należy do japońskiego Suntory.

Dawniej mocno dymna, obecnie kojarzy się raczej ze słodyczą z nutami sherry i z delikatnym dymkiem w tle. Godnie reprezentuje region Highlands swoją wyrazistością i głębią. Niestety popularna na naszym rynku wersja 1797 Founders Reserve zupełnie mi nie przypasowała. Była dość alkoholowa i nieułożona. Dużo lepiej sprawdziła się u mnie 12-stka butelkowana z mocą 48%. Miała pazur i łączyła smaki owocowe z kremem brulee i wytrawną dębiną.

Znacznie ciekawsze wydają się być wersje z oznaczeniem wieku, a także wydania starsze, które potrafią miło zaskoczyć. Glen Garioch można też spotkać wśród ofert niezależnych bottlerów, choć tutaj jest trochę, jak z loterią, a przed zakupem warto sięgnąć do opinii innych degustatorów.

Choć krąży opinia, że destylarnia stanowi jedno z najsłabszych ogniw portfolio Morrison Bowmore Distillers, to osobiście znam kilku jej fanów, którzy za dobre “giri” poszliby w ogień.