Nazwa: Clynelish

Destylarnia: Clynelish

Kraj pochodzenia: Szkocja

Region: Highlands

Moc: 46% ABV

Cena: ok. 190 zł

Tak, jak Lagavulin jest często porównowany do Port Ellen, tak Clynelish jest utożsamiany z Brorą. Kto wie, co by się stało, gdyby podjęto inne decyzje o zamknięciu wspomnianych wyżej, legendarnych destylarni. Nigdy się nie dowiemy i choć możemy zakładać różne scenariusze, to na te chwilę powinniśmy się cieszyć, że możemy pozwolić sobie na degustację dobrej whisky, w rozsądnej cenie. Tym właśnie jest Clynelish w wersji 14 letniej.

Założona w 1819 roku przez Księcia Sutherland gorzelnia produkuje whisky głównie na potrzeby blendów Johnnie Walker. Można ją znaleźć jako pojedyncze edycje od niezależnych bottlerów, jednak ceny zazwyczaj bywają zabójcze. Oficjalna edycja Diageo – obecnego właściciela destylarni to wspomina 14-latka, którą można kupić za kwotę ok. 190 zł, choć nie często jest dostępna. Ostatnio pojawiła się też edycja związana z Grą o Tron, reprezentując dom Tyrell.

Ponieważ producent nic o tym nie wspomina musimy założyć, że nasza 14-latka była filtrowana i kolorowana. Szkoda, ale w tej cenie nie spodziewałem się niczego innego. Starsze edycje potrafią zaskoczyć złożonością smaków i aromatów, czego zasługą w dużej mierze jest pozostawienie destylatu takim, jakim bozia whisky przykazała. No, ale mamy co mamy, a jest tego i tak sporo.

Pochylając się nad kieliszkiem przenosimy się do owocowego sadu. Są tu świeże, soczyste jabłka, zielone, twarde gruszki, odrobina dębiny i słoik miodu z okolicznej pasieki. Kwiaty, wszędzie kwiaty. Idzie wiosna, a wraz z nią słońce, spokój i ciepło. Taki jest Clynelish. Po chwili jednak uderza złożoność destylatu. Jest tu nie tylko pszczeli miód, ale i dużo wosku. Whisky jest oleista, pozostawia długie nogi i zachęca do degustacji.

W ustach przyjemnie rozlewa się po podniebieniu. 46% ABV nie zniechęca, nie gryzie, dodaje pikanterii, ale w bardzo subtelny sposób. W pierwszej chwili dostajemy ponownie porządną łyżkę wielokwiatowego miodu. Potem dochodzą cytrusy, skórka cytryny, imbir, a whisky zmienia się ze słodkiej w wytrawną. Mam wrażenie, jakbym wgryzał się w kawał miodowego plastra. Memłam go w ustach, otrzymując zastrzyki oleistej konsystencji i korzennych przypraw. To treściwa whisky, która potrafi zaskoczyć.

Finish jest średni, uwydatniający do tej pory skrywany dymek. Jest on niewielki, ale nie można go nie wyczuć.

Reasumujac Clynelish, to whisky, której nie polecałbym na początek. Przypomina mi Lagavulina w tej kwestii, ale zanim się go doceni zazwyczaj należy przejść fazę zauroczenia Laphroaigiem, czy Ardbegiem. Dopiero, gdy opadnie nam pierwszy zachwyt i otworzymy się na subtelniejsze, głębsze doznania, bez fajerwerków, ale z wieloma pokładami złożoności, wtedy dostrzegamy butelkę, która cierpliwie czekała. Podobnie jest z Clynelishem. Gdy będziesz gotowy, warto po niego sięgnąć i przywitać się po przyjacielsku. Raczej nie zawiedzie.