Nazwa: Johnnie Walker Black Label Lowlands Origin

Destylarnia: NA

Kraj pochodzenia: Szkocja

Region: Lowlands

Moc: 42% ABV

Cena: ok. 100 zł

Ostatnio na naszym kanale YouTube mówiliśmy o nowości na polskim rynku, jaką jest Johnnie Walker Black Label Speyside Origin.

–> Johnnie Walker Black Label Speyside Origin <–

Przyznam, że zrobił na mnie miłe wrażenie i uważam, że przy obecnej cenie zdecydowanie znajdzie miejsce w niejednym barku, a jeśli chcecie dowiedzieć się o nim czegoś więcej – zapraszam do obejrzenia filmu.
Drugą z czterech odsłon nowych wersji Black Label jest wersja Lowlands Origin. Jest to jedyna z zestawu, która nie jest blended maltem, a po prostu blended whisky, czyli w jej skład wchodzą zarówno grain, jak i malt whisky i byłem bardzo ciekaw, czy wpłynie to znacząco na jej odbiór. Wybrałem się do Biedronki i korzystając ze świątecznej promocji, za kwotę 99 zł nabyłem sztukę. Czy żałuję?

Lowlands, to jeden z mniej popularnych regionów Szkocji. Troszkę zapomniany, troszkę na uboczu. Dawniej centrum produkcji whisky zbożowej, obecnie kojarzone z kilkoma zaledwie destylarniami. Należą do nich dość charakterystyczny Auchentoshan, Bladnoch, Girvain, Daftmill, a także Glenkinchie i Cameronbridge. Wypusty z dwóch ostatnich destylarni znalazły swoje miejsce w butelce Lowlands Origin.

Region Lowlands kojarzy się z whisky lekką, zieloną, orzeźwiającą i świeżą. Taki właśnie na pierwszy rzut… nosa, wydaje się być ten Johnnie Walker. Zapach jest przyjemny i ciepły. Czuć tu landrynki, zielone jabłka, białe porzeczki, grejpfruta, świeżo skoszoną trawę, zioła i miód.

Bursztynowy kolor uzyskano za sprawą dodanego karmelu.

Smak niestety zawodzi. Choć zapach kusił i zachęcał do degustacji, to już smak odsłania charakterystyczne dla whisky zbożowych aspekty. Na początku jest dużo słodyczy, młodości i świeżości. Są owoce, siano i cytrusy, ale już po chwili na języku czuć nieokrzesany alkohol, który gryzie i pali kubki smakowe. Do tego jest sporo kwaśnych nut, które dominują nad zapowiadaną zapachem słodyczą.

Finish jest bardzo krótki, cierpki i płytki.

Przyznam, że jestem rozczarowany. Johnnie Walker Black Label Lowlands Origin może i faktycznie gdzieś zahacza o paletę znaną ze szkockich nizin, ale zdecydowanie nie jest ich godnym reprezentantem. Nie zrozumcie mnie źle. To nie jest zła whisky, jednak po spróbowaniu wersji Speyside liczyłem na więcej. Poza przyjemnym zapachem nie znalazłem tu niczego interesującego. Plusik za moc 42% ABV, ale na tym się kończy. Tym bardziej cieszę się, że zacząłem od wersji Speyside, bo po Lowlands mógłbym się zniechęcić.

Pamiętajmy jednak, że mamy do czynienia z blendem za 99 zł. Dlatego warto podejść z większą niż ja rezerwą i może nie robić sobie ogromnych nadziei. Osobiście chyba wybrałbym zwykłego Black Label albo samemu pokusił się o master blending i połączenie Lowlands Origin z czymś mocniejszym, bardziej obfitującym w smak. Dzięki temu możemy stworzyć coś faktycznie przyjemnego dla podniebienia. Ale to ja. A Wy?

Próbowaliście? Podzielcie się wrażeniami!