Nazwa: Black Adder Ben Nevis 1996 Raw Cask

Destylarnia: Ben Nevis

Kraj pochodzenia: Szkocja

Region: Highlands

Moc: 53,2%

Cena: 520 zł (obecnie nie do kupienia w tej cenie)

W połowie 2018 roku obstawiałem, że moim faworytem pozostanie Bunnahabhain PX 2017. No jak można zdeklasować takie cudo? Butelki opustoszały szybciej, niż ja potrafię przypomnieć sobie, czy się wymawia “haven”, czy “haben”. A jednak… stało się.

Podczas wizyty u Markusa Bomby w Scotland Yard w Katowicach i zauważyłem bardzo miłą dla oka wystawkę otwartych butelek. Były tam i oficjalne bottlingi i kilka niezależnych specjałów, a że Markus posiadał wolne buteleczki na sampelki, to z pustymi rękoma nie wyszedłem. Wybór padł na Caol Ilę 2006 G&M, Bunnahabhaina 2009 G&M, Islay od CWC i Ben Nevisa 1996 Raw Cask od Blackadder. Caol Ila była doskonała, Bunna mnie trochę wynudził, a Islay całkiem przyjemna, ale bez rewolucji. Za to Ben Nevis pozamiatał mną podłogę i wciąż proszę o więcej.

Ben Nevis to destylarnia z regionu Highlands, ulokowana u podnóża najwyższej góry Wysp Brytyjskich, o tej samej nazwie. Założona przez Long Johna McDonalda w 1825 roku, z powodzeniem działała do końca lat 90-tych ubiegłego stulecia. Obecnie jej właścicielem jest Nikka Distilling Company, która traktuje destylarnie po macoszemu. Nevis jest wkładem do japońskich blendów, a jedynym oficjalnym wypustem jest 10-letni Ben Nevis 46%. Na naszym rynku można go dostać za ok. 220 zł. Na szczęście destylat często pojawia się w u independent bottlerów, np właśnie u Blackaddera.

Blackadder natomiast to firma zajmująca się niezależnym bottlingiem, założona w 1995 roku przez Robina Tuceka i Johna Lamonda, mająca w swoim portfolio wiele wydań whisky, ale też i rumów. Jednym z ciekawszych produktów była seria Raw Cask, która butelkowana była z siłą beczki, bez filtracji i dodatków koloryzujących. Chodziło o to, aby zaoferować klientom prawdziwy smak whisky, bez upiększeń i zbędnego marketingu. Jakość miała bronić się sama. W serii znajdziemy między innymi opisywanego Nevisa, a także Auchentoshan 24 Y.O., Glen Moray 25 Y.O., Bunnahabhain 26 Y.O., czy Inchgower 20 Y.O. Niestety za jakością idzie cena, a ta potrafi nadszarpnąć domowy budżet.

Po kieliszek sięgnąłem od niechcenia. Był późny wieczór, w telewizorze Ray Donovan kolejny raz próbował posprzątać syf, w jaki wpędził go Mickey, a ja zastanawiałem się, czy jutrzejsze upały już nas wykończą, czy dopiero kolejny dzień przyniesie koniec. Pochyliłem się nad kieliszkiem i zadziała się magia. Mimo, że jeszcze chwilę wcześniej padałem na ryj, mózg wszedł na wyższe obroty, nozdrza szumiały niczym odkurzacz, a na ustach pojawił się uśmiech. W kieliszku znalazłem coś ciekawego. Coś co złapało mnie niczym harpun Scorpiona i “get over here” pociągnęło przez aromaty owocowe, kwiatowe i czekoladowe, aby następnie uwydatnić bardziej mineralne aspekty trunku. Znalazłem tam skórkę pomarańczową, cytrynową, brzoskwinię, suszoną śliwkę, kawę, toffi, mleczną czekoladę i delikatny powiew znad morza. Część aromatów było bardzo wyrazistych, inne ulotne, ale niezwykle kuszące.

W smaku Nevis rozłożył mnie na łopatki. Nadal słodycz, nadal owoce, nadal czekolada, ale wszystko oprawione w ramę z orzechów, dębiny i miodu. Na języku pojawiła się oleista pieprzność i pazur, którego ostatnio tak bardzo brakuje mi podczas degustacji. Ta whisky jest “jakaś”, konkretna, wyrazista i pozostaje z nami dość długo. Finish ciekawy, ciepły, dębowy i karmelowy.

Za 520 zł można było nabyć 20 letnią whisky single malt, bez dodatków koloryzujących, bez filtracji, o mocy 53,2%, która wbija w siedzenie. Czy to dużo, czy mało, każdy może sobie odpowiedzieć. Whiskybroker miał w swoim portfolio Nevisa 19-letniego o podobnych parametrach za połowę tej ceny, natomiast i tak nad Adderem poważnie się zastanawiałem. To niezwykła whisky i na długo zostanie w mojej pamięci (szczególnie, że ostatnio znów Markus napełnił sample). Myślę, że po latach zdecydowanie dojrzałem do tego, że lepiej mieć jedną porządną whisky w barku, niż kilka podstawek, które zupełnie mnie nie przyciągają.

Oczywiście to tylko moje zdanie, a co degustator, to inna opinia, jednak już teraz wiem, że butelki rozeszły się jak świeże bułeczki i trzeba było brać, gdy był w ręku. Jeśli znajdziecie gdzieś jeszcze sztukę, brać i nie zwlekać.