Nazwa: Bowmore Tempest

Destylarnia: Bowmore

Kraj pochodzenia: Szkocja

Region: Islay

Moc: 54,9%

Cena: 370 zł

Nie lubię Bowmore. 

Szokujące? Obrazoburcze? Jak możesz? Toż to… itd. Wiem, to oburzające. A, ja się zapytam, czy to nie straszne ze strony Beam Suntory, że wypuszcza gnioty? Że ich podstawki, których jest już z milion, pachną jak siki. Że mimo, że ich cena często kusi, to w środku znajdujemy pustkę i rozczarowanie? No właśnie. Bowmore Legend – ble, Bowmore 12 Y.O. – ble, Bowmore small batch – ble+, no i ostatni popis Bowmore No1 – BLEEEEEE. Coś tam zaczyna się dziać dopiero przy 15- i 18-letnich wersjach, ale nadal słabiutko, a cena rośnie i rośnie. 

Jak tu wybrać coś dobrego, kiedy etykiety bombardują nas nic nie mówiącymi nazwami? Z drugiej strony miałem okazję degustować doskonałe Bowmore, jak np. Bowmore The Devil’s Cask, czy Bowmore 26 Y.O. 1989 od Murray McDavid, ale ich ceny przekraczają najniższą krajową i znów źle. Gdy więc już myślałem, że po prostu należy omijać Bowmore szerokim łukiem, w moje ręce wpadły butelki z, powiedzmy, średniej półki cenowej. Byłem sceptyczny, broniłem się, walczyłem z kieliszkiem, ale ten wygrał (zawsze wygrywa) i nie żałuję, a moje podejście do destylarni powoli ulega przemianie. 

Ostatnio miałem okazję skosztować Bowmore w wydaniu Tempest. Jest to 10-letnia whisky, podobno butelkowana z siłą beczki, bez filtracji i może nawet dodatków karmelu (opakowanie nie potwierdza i nie zaprzecza) i co najważniejsze leżakowana w beczkach first fill ex bourbon. Degustowałem batch 6 z 2015 roku. Pierwszy wyszedł w 2009 roku i jego cena obecnie dwukrotnie przewyższa obecny. Czy się szczególnie różnią? Nie wiem, ale podejrzewam, że nie na tyle, aby wyjąć z kieszeni 700 zamiast 370 zł. 

Tempest podobno ma oddawać dziki charakter wyspy Islay. Słońce i delikatna morska bryza, które w ciągu sekundy ustępują sztormowi i mgle. Beczki leżakują w sławnym magazynie Vaults No 1, według wielu najstarszym w całej Szkocji i położonym częściowo pod powierzchnią morza. Może to marketing i morskie opowieści, ale coś w nich jest. 

W nosie skórzany, dymny aromat łączy się z cytrusami, marakują i solą morską. Smak jest spójny z aromatem. Dzieje się sporo, ale jest to wystrzał z armaty, a nie seria z karabinu. Tempest określiłbym jako whisky horyzontalną, a nie wertykalną. Nie mamy tu wielu pokładów smaku, które odkrywamy podczas degustacji, ale kilka intensywnych aspektów, które walczą o dominację. Siła beczki dodaje wyrazistości i spaja je wszystkie w jedną, ciekawą całość. 

First fill bourbon nadaje waniliowo-kwaskowatego charakteru. Jest świeżo, morsko i agresywnie. To nie jest whisky do przyjemnej, spokojnej degustacji podczas świątecznej kolacji. To porządny alkohol, który trzeba szanować, a i on uszanuje Twoje potrzeby. 

Finish jest średnio długi, pieprzny i słony. Przypomina mi słony karmel na tarcie. Pobudza, zadziwia i otwiera na nowe doznania. 

Z drugiej strony, jak wspomniałem, ta whisky łapie za gardło, zachwyca i odchodzi. Szybka robota, bez zbędnych ceregieli. Nie ma co doszukiwać się tam sensu istnienia, ale chyba to mi się w niej podoba. “We are here to get the job done” . 

Batch 6 kosztuje ok. 370 złotych i za te pieniądze dostajemy oznaczenie wieku i czystą formę whisky, o którą niełatwo w dzisiejszych czasach. Czy warto spróbować – zdecydowanie. Czy warto kupić? Myślę, że wszystko zależy od potrzeb. Fan na pewno nie przejdzie obojętnie. Nowicjusz może pokocha, może znienawidzi. Osobiście pewnie zakończę na samplach, ale Bowmore zdecydowanie zyskał w moich oczach. Żałuję jedynie, że nie można zaoferować podobnych doznań w bardziej przystępnej cenie. To co znajdziemy w Tempest, w porównaniu z podstawowymi edycjami, to niebo, a śmietnik. I to taki z importu z Kenii. Ale też czego powinniśmy się spodziewać, kupując Legend w Żabce za 99 zł.