Nadeszło lato, temperatury przekraczają trzydzieści stopni, plaże zapełniają się turystami, a szklanki alkoholem. Na ogrodowych grillach skwierczy karkówka, kiełbasa śląska i boczek. Reklamy bombardują nas orzeźwiającymi drinkami z palemką, zimnym piwem i cydrem z lokalnych jabłek. Czy w tym okresie nasza złota królowa alkoholi znajdzie na siebie koneserów? Czy na single malt jest zapotrzebowanie jedynie, gdy pogoda za oknem jest iście szkocka, w kościach chłód, a w sercu jesienna melancholia? Tym wszystkich, którym whisky w okresie letnim kojarzy się tylko z kostkami lodu, cytrynką i napojami gazowanymi, przedstawiamy pojęcie „summer dram”.

Czym jest „summer dram”? Jest to whisky, która dzięki swojej lekkości, owocowej nucie, przystępnym smaku i prostocie podania sprawdza się w cieplejszym klimacie, oferując zarówno orzeźwienie, jak i przyjemne doświadczenie degustacji. „Dram” – z języka gaelickiego oznacza po prostu drinka. Podobno ma być to objętość 1/13 pinty, co równałoby się 43 ml. Nie ogranicza się to tylko do whisky, jednak zwyczajowo przyjęło się, że zamawiając „dram” prosimy o złoty alkohol, jednocześnie sugerując objętość degustacyjną. Natomiast encyklopedia Brittanica utożsamia to pojęcie z dawną jednostką odmierzania wagi przez aptekarzy (około 4 gramy), jednak sugeruje jej pochodzenie od greckiego „drachma” – nazwa używanej dawniej monety. Ówczesna jednostka monetarna miała być wyznacznikiem wagi.

Co dla nas oznacza to obecnie? Oznacza to, że nie jesteśmy skazani podczas nadchodzących wakacji, na dominację jedynie napojów w temperaturze bliskiej zeru. Możemy sięgnąć po butelkę whisky, która zapewni nam świeżość i lekkość nawet podczas letniej degustacji, a jednocześnie znajdziemy tam bogactwo, którego próżno szukać w ofercie sieciowych supermarketów.
Na naszej subiektywnej liście godnych polecenia „summer dramów” znalazły się :

10. Glenlivet 12 Y.O. – whisky, której pewnie nikomu nie trzeba przedstawiać. Obecnie wypierana przez wersję Founders Reserve, jednak w smaku bardziej wyrazista i owocowa od swojej następczyni. Znajdziemy tu sporą ilość zielonych owoców, odrobinę miodu, karmelu i młodość, która orzeźwia, nie przytłaczając.

9. Bunnahabhain 12 Y.O. – jedna z łagodniejszych propozycji szkockiej Islay – wyspy, której nazwa kojarzy się raczej z torfem, dymem i medykamentami, w tym przypadku zaskakuje słodyczą, treściwością, delikatnym toffi i orzechami laskowymi.
8. Arran 10 Y.O. – połączenie kwaskowatych, zielonych jabłek, słodkich herbatników, szczypty morskiej soli i aromatu świeżo skoszonej trawy.

7. Talisker 10 Y.O. – jeśli w tym roku nie wybieracie się nad morze, to dzięki magii tej butelki morze trafi do Was. Obok tego połączenia morskiej bryzy, wodorostów, kutra rybackiego i dużej dozy pieprzności trudno przejść obojętnie. Zdecydowanie dziesięć w skali Beauforta.

6. Octomore 6.1 – ta bomba torfowych 167 PPMów (phenol parts per milion) mimo swojej opinii najbardziej torfowej whisky świata jest zaskakująco orzeźwiająca, maślana, przyjemnie słodka, o wyczuwalnie młodym wieku maturacji i ciekawym dymku w finishu.

5. Glemorangie 10 The Original – podstawowy i jednocześnie najbardziej owocowy, przyjemny i delikatny wypust destylarni Glenmorangie, o spójnej palecie, zdominowanej przez wanilię i skórkę cytrynową.

4. Lagavulin 16 Y.O. – doskonała dla fanów torfowych aromatów. Nie tak ciężka jak Ardbeg, nie tak medyczna jak Laphroig. Szesnaście lat w dębowych beczkach złagodziło fenolowy aromat, jednocześnie wyostrzając charakter i złożoność destylatu. Znajdziemy tu nuty sherry, słodycz świeżych owoców i potężny zastrzyk dębiny.

3. Kavalan Single Malt Whisky – ta whisky z Tajwanu zachwyca swoją egzotyką, słodyczą wanilii, mango i gruszek. W tle pojawiają się nuty przypraw i orzechów. Przy większym budżecie w ciemno polecam większość wersji Kavalan Solist.

2. Macallan Amber – choć nie jestem fanem whisky w wersji NAS (no age statement), to muszę przyznać, że wyraźne nuty orzechowe i słodycz miodu połączone w wyjątkowo delikatnym destylacie, zrobiły na mnie miłe wrażenie.

1. Balvenie 14 Year Old Caribbean Cask – kolejna tropikalna bomba. Dzięki maturacji w beczkach po karaibskim rumie alkohol zyskał niesamowitą słodycz marakui, mango i skórki pomarańczowej, a kremowość i lekkość konsystencji tylko wzmacnia poczucie balansu pomiędzy smakiem, a aromatem.

Mimo, że na początku koncentrowaliśmy się na single malt, w kwesti „summer dram” nie należy lekceważyć porządnych blendów. Wśród nich doskonałym przykładem wydaje się być np. Asyla od Compass Box. Ta wyjątkowa mieszanka czterech destylatów single malt i grain malt przypomina melonowo-cytrynowy napój gazowany. Zaskakuje przy tym lekkością i doskonale wpasuje się w koncepcję whisky na letnie popołudnie.
Biorąc powyższe pod uwagę możemy stwierdzić, że każda pora roku sprzyja dobrej whisky. Jej wybór zależy wyłącznie od własnych preferencji, a nie ma przyjemniejszego widoku dla konesera złotego trunku, niż promienie słońca odbijające się w kieliszku. Na tym kończąc, życzymy udanych wakacji.