Jest już po 12:00 w niedzielę, można więc czegoś skosztować. Dziś do kieliszków w szerokim zakresie polany został The Singleton. Należy pamiętać, że jest to marka whisky, a nie nazwa destylarni. Na stronie Polish My Whisky pojawiły się już stosowne artykuły w tym temacie, między innymi w przypadku serii Game Of Throne oraz recenzji wersji Malts Master’s, o której dziś też wspomnę.

Degustację, zaczynam od podstawowej whisky: Singleton of Dufftown Malts Master’s. Wersja bez podanego wieku o mocy 40%. Wiemy, że musi mieć co najmniej trzy lata. Leżakowanie odbyło się w beczkach po burbonie, sherry Pedro Ximenez oraz Oloroso.
Z kieliszka unosi się łagodny, owocowy zapach. Pojawiają się dojrzałe słodkie jabłka i gruszki. Oczywiście jest też wanilia, słód jęczmienny, ale zaskakująco wyczuwam też siano. Pomimo młodego wieku, w aromacie nie wyczuwam alkoholu. Pierwszy łyk jest przyjemny, delikatny, spełnia obietnicę zapachu. Czuję wanilię, dębinę, owocową słodycz. Jest posmak, jakbym w kąciku ust przygryzał sobie źdźbło słomy. Na końcu pojawia się nieco przyprawowej pikantności. Krótki finisz pozostawia smaki dębiny.
Jest to ciekawa pozycja dla osób początkujących, chcących poznać świat single malt. Whisky nie odrzuca, nie dominuje, do tego jest łagodna w odbiorze. Pozycja sprawdzi się też jako trunek do spotkania towarzyskiego.

Przechodzę do kolejnego kieliszka, gdzie czeka na mnie The Singleton of Dufftown 12y “Luscious Nectar”. Stężenie alkoholu to również 40%. Jest to ta sama whisky co poprzedni NAS. Różni się oczywiście wiekiem, natomiast leżakowanie to podobny proces.
W zapachu otrzymuję zdecydowanie więcej aromatów owocowych. Tak samo występuje jabłko i gruszka, ale są to aromaty bardziej intensywne. Pojawiają się orzechy włoskie, skórka pomarańczy. Jest też pewna kwiatowość, która przechodzi w miód. Wyczuwam trochę brązowego cukru oraz gorzkiej czekolady.
Smak jest również bardziej intensywny i pełniejszy niż w poprzednim przypadku. Pojawia się pieczone jabłko, niezbyt słodka czekolada. Wyczuwam młode, świeże orzechy włoskie z ich nieco gorzką skórką. Smaki wanilii i toffi są, ale nie są one dominujące. W porównaniu do NAS’a zdecydowanie mniej czuć dębinę. Na końcu pojawia się przyprawowość pieprzu, gałki muszkatołowej. Finisz jest przyjemny, trochę gorzki.
Wersja 12y to interesująca pozycja. Bardzo dobry daily dram. Whisky przyjemna do sączenia przy oglądaniu TV lub czytaniu książki. W stosunku do wersji podstawowej jest to duży krok naprzód, dla kogoś kto będzie chciał poszerzyć swoje horyzonty. Lecz należy uważać, ponieważ jest ona wyjątkowo “łatwo pijalna”.

Czeka na mnie The Singleton of Dufftown 15y. Zestaw beczek podobny jak w poprzednich przypadkach. Moc również 40%. Trochę szkoda, bo już przy tym wieku chciałoby się nieco więcej tego nośnika smaków i aromatów.
Na nosie mamy więcej aromatów od sherry, a mniej wanilii. Wydaje się, że w tym przypadku użyto więcej destylatu z beczek po sherry, a mniej po burbonie. Aromat jabłek i gruszek oczywiście jest, ale pojawiają się też czereśnie i czerwona porzeczka. Dużo więcej zapachów cytrusów. Grejpfrut i kandyzowana skórka pomarańczy. Nuty wosku pszczelego oraz miodu.
W smaku otrzymuję dużo mniej dębiny niż poprzednio, mniej wanilii. Natomiast więcej orzecha, czekolady z orzechami. Są rodzynki, suszone daktyle, migdały. Gdzieś daleko mogę również wyczuć wspomniany miód i pszczeli wosk w niewielkich ilościach. Cały czas towarzyszy mi delikatna przyjemna pieprzność przypraw korzennych. Finisz powiedziałbym, że raczej wytrawny, trwający i delikatnie pikantny.
Pomimo minimalnego stężenia alkoholu, whisky wyjątkowo intensywna i pełna. Jestem zaskoczony. Nie jest to wybitna pozycja, ani też degustacyjna, ale warta spróbowania. Podobnie jak 12y jest dobrym daily dram. Do lektury, do serialu, do jakiegoś hobby w domowym zaciszu to bardzo przyjemny trunek. Z uwagi na swoja stosunkowo niewielką moc i dobrze ukryty alkohol również niebezpiecznie łatwo pijalny.

Przechodzę do wersji pełnoletniej. The Singleton of Dufftown 18y. Proces leżakowania taki sam jak u poprzedniczek. Niestety zawartość alkoholu również 40%. To już moim zdaniem duży minus. Chętnie spróbowałbym pozycji z zawartością 46%. Z tą whisky miałem wcześniej do czynienia. Spojrzałem na moje notatki, które okazały się zbieżne z dzisiejszą degustacją.
Aromat skojarzył bym z wersją 12y tylko bardziej intensywny. 12y na sterydach. Nie ma tyle nut sherry co w 15y. Jest niejako powrót do wanilii i beczek po burbonie. Czuję pieczone jabłko, trochę skórki pomarańczy. Jest więcej miodu i pszczelego wosku. Aromaty starego strychu, nieco kurzu, trochę skóry (skórzany pasek lub torba).
W smaku jest dużo dębiny, dużo wanilii. Budyń waniliowy polany niezbyt słodką czekoladą. Przyjemny finisz, długi z gorzką czekoladą. Tym razem nie wyczułem pikantności.
Tutaj również otrzymuję przyjemną, pełną w smaku i zbalansowaną whisky. Niestety też jest to dobry daily dram, do serialu, czytania, majsterkowania itp. Piszę “niestety” ponieważ po wersji 18y spodziewałbym się już czegoś do degustowania, czegoś co troszkę zaskoczy, czegoś co zapamiętam. W tym przypadku tak nie jest. Tak samo mam zapisane w moich notatkach: “przyjemna, pijalna, ale bez efektu “wow””. Na stole podczas spotkania towarzyskiego będzie się ładnie prezentować i zasmakuje każdemu, kto lubi alkohole mocne.

Przyszedł czas na ostatni dram. Nie chcę przesądzać, ale zakładam, że w podsumowaniu na końcu będe celowo musiał usunąć tą pozycję z podium. W tym przypadku destylat pochodzi z Glen Ord, proces maturacji zajął 38 lat. Jest to najstarsza whisky jaką kiedykolwiek próbowałem. W procesie maturacji przez 12 lat użyto beczek po burbonie, a następnie produkt był przelewany do innych beczek: Pedro Ximenez, Oloroso, ponownie burbon i wspomina się również o świeżym dębie. Alkoholu jest tu pod dostatkiem: 49,6%.
Aromat całkowicie odmienny. Jest to wynikiem destylatu pochodzącego z innej destylarni, oraz niewątpliwie bardzo długiego procesu leżakowania. Zupełnie inne owoce. Mamy tu mango, granat. Wosk pszczeli z miodem gryczanym. Są też aromaty kwaśnego surowego jabłka, gruszki i … kapusty kiszonej. O dziwo trochę starego przeterminowanego lekarstwa. Pieczony banan, pieczone jabłko. Strych i skórzana walizka. Złożoność aromatów jest zaskakująca. Po każdym zanurzeniu nosa w kieliszku mogę wyczuć coś nowego. Natomiast sam alkohol całkowicie ukryty.
Smak zaskakuje. Jest oleisty, woskowy. Pierwsze co poczułem to … natka pietruszki i koper włoski. Owoce z puszki zalane gorzką czekoladą. Orzech laskowy, migdały z miodem. Jest tu więcej winnej wytrawności niż słodyczy. Niewielka przyprawowość pod postacią imbiru. Alkohol niewyczuwalny. Finisz długi i wytrawny. Przypomina smak owocowej herbaty oraz wytrawnego czerwonego wina.
Bez dwóch zdań jest to pozycja degustacyjna. Daje dużo frajdy, odkrywa co chwila nowe aromaty i nowe smaki. Whisky zabiera nas w ciekawą, długą i zaskakującą podróż, a finisz nie pozwala o niej zapomnieć.

Najciekawszą pozycją z dzisiejszej degustacji była oczywiście wersja najstarsza. Deklasuje ona swoje konkurentki smakiem, aromatem, złożonością i … ceną. Dodatkowo pochodzi z innej destylarni. Dlatego w krótkim podsumowaniu skupię się na pierwszych czterech opisywanych pozycjach.
W przypadku wszystkich czterech ciekawe jest to, że utrzymany jest profil produktu. 15y różni się od innych, ale nadal jest to “The Singleton of Dufftown”.
Kolejną ciekawostką, a raczej zaskoczeniem dla mnie było to, że w przypadku wersji 12-18 stosunkowo mała różnica wieku dawała odczuwalne różnice w aromacie i smaku. Być może, oprócz okresu maturacji, różnią się one ilością beczek danego typu użytych w kupażu finalnego produktu.
Plusem wszystkich degustowanych jest ich łagodny smak, który sprawdzi się przy wielu okazjach. Będzie przyjemny dla wielu osób. Minusem natomiast jest to, że whisky ta nie zaskakuje. Nie zapada niczym szczególnym w pamięć. Z opisywanych dziś butelek, najchętniej sięgnąłbym po wersję 15y. Jest ona najbardziej wytrawna, dużo w niej nut sherry. Przez co jest odmienna i ciekawsza od pozostałych. To właśnie zapamiętam: jak kupować Singleton’a to 15y.

Autor: Olo