Historia destylarni Benriach jest stosunkowo prosta. Rozpoczyna się w 1897 roku. Jej twórcą jest John Duff. Ma on doświadczenie w branży gorzelniczej, ponieważ jest założycielem Glenlossie (1876) oraz Longmorn (1893).
Zaledwie 3 lata po otwarciu (w 1900 roku) gorzelnia została zamknięta. Nie destyluje już alkoholu, ale produkuje słód jęczmienny głównie na potrzeby Longmorn’a. Taka sytuacja trwa przez 65 lat.

W 1965 pod skrzydłami The Glenlivet Distillers wznowiono produkcję. Kolejnym właścicielem staje się Seagrams. Modernizuje on zakład, oraz próbuje z powodzeniem produkcji whisky dymnej. W 1994 roku po raz pierwszy pojawia się na rynku wersja 10y.
Wartym zauważenie jest rok 1998, kiedy to została zlikwidowana słodownia, oraz rok 2002 kiedy zostaje wstrzymana produkcja.
W 2004 roku gorzelnie wykupuje Billy Walker (Intra Trading). Ciekawostką jest to, że nowy właściciel wykorzystuje fakt posiadania staromodnej, ale nie zniszczonej podłogi do słodowania. W 2013 uruchomiona zostaje lokalna słodowania.

Dziś przyjemny (takim się wydaje) zestaw trzech produktów destylarni Benriach.

Benriach The Original Ten. Dziesięcioletnia maturacja w trzech różnych rodzajach beczek: po burbonie, po sherry oraz zrobionych z świeżego dębu. Do produkcji użyto słodu bez udziału torfu. Moc alkoholu, który trafił do butelki to 43%, nie ma sztucznych barwników. Na temat filtracji, na butelce, ani na stronie producenta informacji nie znalazłem.

Benriach The Smoky Ten. Również dziesięcioletnia maturacja, również w trzech różnych rodzajach beczek. Tym razem mamy do czynienia z drewnem gdzie wcześniej leżakował burbon oraz jamajski rum. Trzecia beczka to świeżo opalany dąb. Do produkcji użyto słodu zadymionego jak i “czystego”. Whisky o mocy nieco większej bo 46%, niebarwiona. O filtracji podobnie jak wyżej informacji nie znalazłem.

Benriach The Twelve. Dłuższa, 12-to letnia maturacja, podobnie jak u poprzedniczek odbyła się w trzech różnych rodzajach beczek. Wcześniej leżakował w nich: burbon, sherry, porto. Whisky nie torfowa, o mocy 46%, niebarwiona. Na temat filtracji, na butelce, ani na stronie producenta informacji nie znalazłem.

Przekrój wydaje się ciekawy z uwagi na zróżnicowane w beczkach, oraz w zadymieniu jednej z degustowanych.

10 YO: Od pierwszego zanurzenia nosa w kieliszku czuć owoce z sadu w postaci jabłek i gruszek. Jest też dużo miodu. Coś podobnego do lukru z pączka wraz z skórką pomarańczy. Potem jest trochę wytrawności, jest biszkopt, taki do tortu.. Zapach rześki, świeży i obiecujący
W ustach przyjemna grzanka z dżemem brzoskwiniowym. Oczywiście wanilia tym razem w towarzystwie pieczonego jabłka. Na końcu pojawia się delikatna pikantność pieprzu.

Finisz niestety krotki, ale przyjemny. Waniliowy z dodatkiem dębiny.
Przyjemna, słodko-owocowa whisky. Nie jest nachalna, nie jest agresywna. Nie jest to daily dram sam w sobie. Jest to whisky “do czegoś”. Do oglądania serialu i spokojnego sączenia, do czytania, do majsterkowania. Dobrze nada się na spotkanie towarzyskie, w luźnej atmosferze. Jest to też pozycja dla osób, które chcą przekroczyć próg tanich whisky mieszanych i sięgnąć po coś ciekawszego.

12 YO: Słodko i owocowo, ale tym razem mamy owoce bardziej leśne. Dojrzałe jagody i maliny. Beczki po porto dają o sobie znać i pojawia się wygrzane na słońcu białe winogrono, świeże rodzynki. Poczuć można czekoladę z bakaliami oraz syrop klonowy. Z przyjemnością znalazłem też plaster wosku pszczelego razem z miodem.
Smak jest jedwabisty, gładki, gęsty. Słodycz jest w postaci marcepanu. Są obiecane w zapachu rodzynki i orzechy laskowe. Karmel, a raczej mleczna krówka (taka sucha, nie ciągnąca się). Można znaleźć porównanie do czekolady z jagodami i żurawiną. Pikanterii dodaje szczypta chili.

Finisz niestety nie trwa wiecznie, ale wystarczająco długo. Jest przyjemny słodki jak po czekoladzie żurawiną i orzechami.
Bardzo przyjemny daily dram, ale taki sam w sobie. Usiąść, skosztować i nie zawracać sobie głowy innymi bodźcami. Jest to przyjemna pozycja dla tych średnio zaawansowanych. Można tu doszukać się wielu aromatów i smaków. Uważam, że spokojnie może stanąć do degustacji np whisky 12-to letnich. Jest to też duży krok dalej dla osób, które chcą zgłębić temat whisky. Jeżeli na spotkaniu podaliście poprzednią 10y i ktoś się zainteresował to polejcie mu 12y – złapie haczyk i wsiąknie 🙂

10 YO Smoky: Dym oczywiście jest, ale to jest zapach dymu na bazie świeżego drewna owocowego. Jest słodki, czuć wypalaną żywicę. Są owoce jak w standardowej 10y. Są też ciemne owoce leśne: jagody i jeżyny. Czuję się trochę tak, jakbym stał jesienią w sadzie, gdzie z jednej strony mam zebrane owoce w skrzynkach, a z drugiej ognisko gdzie palone są obcięte zbędne gałęzie (proces przycinania odbywa się chyba na wiosnę, ale zapach kojarzy mi się z jesienią). Pieczone jabłko i karmelizowana słodycz z blachy gdzie się piekło. Plastry owoców z rusztu, lub suszących się nad kominkiem.

W smaku obietnice zapachowe są utrzymane. Jest słodko, jest owocowo i jest przyjemny gorzki popiół. Jakby pieczone jabłko wpadło nam do ogniska. Jeżeli ktoś jadł lody waniliowe, z polewą toffi na których płonie kostka cukru to tu odnajdzie ten smak.
Na finiszu pojawia się nuta goryczy, takiej cynamonowej i właśnie się zorientowałem, że tutaj nie było pikanterii. Albo też przykryła ją ta przyjemna słodka dymność.

To jest whisky, która bardzo łagodnie wprowadzi nowych graczy do świata dymnych aromatów i smaków. Jest grzeczna, jest ułożona. Słodkim dymem przykrywa niedoskonałości standardowej 10y. Jednocześnie daje wiele do zaoferowania. Czy sprawdzi się na imprezie? Nie. Chyba, że jest to dedykowana impreza dla osób, które chcą poznać torfowe klimaty.

Autor: Olo